Aktualności
|
O nas
|
Kontakt
|
E-mail
-
Historia koła
-
Zarząd koła
-
Komisja rewizyjna
-
Członkowie
-
Kraina Wiecznych Łowów
-
Odznaczenia łowieckie
-
Aktualności
-
Archiwum aktualności
-
Walnego Zgromadzenia
-
Zarządu koła
-
Łowiska
-
Plany łowieckie
-
Prace gospodarcze
-
Pozyskanie
-
Plan polowań zbiorowych
-
Medalowe trofea
-
Strzelectwo
-
Opowiadania, wiersze
-
polowania zbiorowe
-
polowania indywidualne
-
nasze trofea
-
prace gospodarcze
-
imprezy w kole
-
zdjęcia archiwalne
-
bezkrwawe łowy
-
Prawo Łowieckie
-
Regulamin polowań
-
Statut PZŁ
-
Okresy polowań
-
Ustawa o broni
-
Szacowanie szkód
-
Staż w PZŁ
-
Kryteria selekcji
-
Pliki do pobrania
-
Programy o łowiectwie
-
PZŁ
-
portal łowiecki
-
ZO PZŁ w Szczecinie
-
faza księżyca
-
kalendarz łowiecki
-
pogoda

Niebywałą lekkością pióra i kunsztem literackim obdarzony jest nasz Kolega Jurek Turzański. Jego opowiadania były publikowane w prasie m.in. w Łowcu Polskim i zdobyły wiele wyróżnień.
Równie ciekawe są wiersze i fraszki pisane przez naszego Kolegę Andrzeja Pyrczka, którymi to uświetnia On między innymi nasze Walne Zgromadzenia.
Dzięki talentom obu wyżej wymienionych Kolegów możemy być spokojni, że opisanie łowów i nasz piękny język łowiecki będą wśród nas zachowane, kultywowane i przekazywane następnym pokoleniom.
Poniżej przedstawiamy część opowiadań i wierszy naszych Kolegów.


Zamieszczamy kolejną porcję wspomnień Kolegi Jurka

 

NIESPODZIANKA


Było jeszcze ciemno, ale kiedy wyszedłem z lasu na łąkę niebo na wschodzie pojaśniało. Miałem zamiar odwiedzić ”lokatorów” małego jeziora wciśniętego w trzech czwartych swojego obwodu wmieszany las. Było prawie okrągłe i nad brzegami otoczonymi lasem brzozy wychodziły na spotkanie trzcin bielejąc na tle świerczyny i buków. Przystanąłem na chwilę, nadsłuchując. Z jeziora zaczynały już się odzywać różne ptaki wodne, ale ja czekałem na ten najważniejszy dźwięk. Są! Metaliczne, pojedyncze gęgnięcie, a po nim szereg krótkich, przyciszonych, stanowiących jakby dalszy ciąg dyskusji. Dzikie gęsi – główni ”lokatorzy” jeziora, których to miałem zamiar ”odwiedzić” odzywały się jeszcze rzadko, widocznie zaspane, ale już powoli budziły się wraz z nadchodzącym świtem.

Teraz szedłem już jak mogłem najszybciej, żeby zdążyć zamaskować się w trzcinach nad jeziorem zanim na dobre się rozjaśni. Trawa na łące pobielała, ścięta październikowym porannym przymrozkiem. Doszedłem do pasa trzcin okalających jezioro. Trze-ba było zdecydować, które miejsce wybrać. Nocujące na jeziorze gęsi nie powinny dostrzec ani usłyszeć jakiegokolwiek ruchu na brzegu. Spały, ale właśnie zaczynały się budzić, a nawet tam, na wodzie, miały swoje straże. Dlatego właśnie należało podejść do jeziora jeszcze w ciemnościach. Kierunek lotu stada po zerwaniu się z jeziora zależał od rozmieszczenia upraw, a głównie miejsc gdzie właśnie posiano oziminę. Miał też znaczenie kierunek wiatru; gęsi gromadziły się zwykle w osłoniętej części jeziora. Krótko mówiąc najważniejsze było znaleźć się na trasie ich porannego przelotu. Była to zwykle ”loteria”, ale z grubsza można było ustalić gdzie polecą, bo od lat miały tu swoje ustalone szlaki.

Kryjąc się więc za trzcinami, jako że jednak zaczynało się już rozwidniać poszedłem w róg łąki tuż obok rowu łączącego jezioro z położonym na skraju lasu bagienkiem. Mogłem w ten sposób podejść do samego jeziora lub cofnąć się poza trzciny na łąkę by mieć szerokie pole ostrzału. Zamaskowałem się w trzcinach, a na jeziorze zaczął się ruch. Słychać było poświstywanie skrzydeł krzyżówek, które leciały do bagienka i z powrotem na jezioro. Kusiły mnie oczywiście przelatując prawie nad głową, ale czekałem na grubszą zwierzynę. Tymczasem wśród pokwakiwań kaczek, przeciągłego wołania perkozów i urywanych pisków łysek odezwała się owa grubsza zwierzyna. Usłyszałem trzy głośne gęgnięcia i plusk. Oho! Są blisko. Zaraz przed-stawienie może się zacząć.

Trudno było powiedzieć, kiedy polecą. Czasem startowały jeszcze w ciemnościach, a czasem leniwie przedłużały swoją obecność na jeziorze prawie do wschodu słońca. Zależało to też od pogody; kiedy niebo było zachmurzone, lub była mgła zrywały się zdecydowanie później, czując się bezpieczniej przy ograniczonej widoczności.

Dzień wstawał jasny, jeszcze tylko kilka gwiazd świeciło na wyblakłym niebie. Stałem już dłuższy czas, kiedy usłyszałem:

- Geg! Gege! Głośno i zdecydowanie i nagle wrzask podniósł się okrutny. Przedtem odzywało się ich tak mało, że można było przypuszczać, że jest ich tylko kilka; teraz odezwało się około setki. Do gęgania dołączył się łopot skrzydeł i wiedziałem, że się zaczęło. Wystartowały! Leciały z początku nisko nad samym jeziorem, obserwowałem je przez trzciny, przyczajony. Całkiem spory klucz jak na to małe jezioro. Ale uwaga! Lecą na mnie! Skuliłem się w trzcinach, mocniej zabiło serce i ścisnąłem szyjkę dubeltówki. Bezładna gadanina całego stada za- dźwięczała w uszach. Lecz cóż to? Skręcają! Przy samym brzegu zmieniły kierunek lotu i ominęły mnie o jakieś dwieście metrów kierując się na las. Tego się już teraz nie spodziewałem. Widzę wyraźnie je wszystkie oświetlone blaskiem słońca schowanego jeszcze za widnokręgiem. Są piękne, szare, jakieś takie czyste i jakby zadowolone z siebie. Poza zasięgiem! Wyglądają pięknie na tle brzóz, zaraz wzlecą nad świerki i buki. Trwało to wszystko kilka minut. A tyle podchodów, oczekiwań, rozbudzonych nadziei... Przepadło. Ale ten piękny widok jakoś podnosi na duchu. Może tak miało być? Trzeba będzie poszukać ich na polach. Może się jeszcze spotkamy?

Tymczasem znad lasu otaczającego jezioro zaczyna wysuwać się ogromna czerwona tarcza wschodzącego słońca. Podchodzę już teraz bez obawy nad sam brzeg jeziora. Promienie słońca ścielą się i igrają na spokojnej wodzie. Stali lokatorzy jeziora czynią na nim swój zwykły harmider. Wstaje dzień.

Postałem jakiś czas nad jeziorem, bo zdarzało się, że przelatywały jeszcze zapóźnione gęsi z innych jezior. Ale dzień był jasny i słoneczny, toteż nawet gdyby przelatywali jeszcze jacyś maruderzy, to i tak z pewnością byłoby to zbyt wysoko na strzał. Trzeba wracać. Na łące resztki porannego szronu skrzyły się w promieniach słońca i widać było z daleka ciemny pas moich śladów sprzed świtu. Szedłem w stronę lasu tuż przy skraju niskich trzcin, które tu wrzynały się w łąkę otaczając rów i wspomniane bagienko. Jezioro ze swoimi mieszkańcami zostało w tyle. Szedłem z przyzwyczajenia cicho i ostrożnie, jako że myśliwskie życie pełne jest niespodzianek i dobrze jest brać to pod uwagę. Przeszedłem już kilkaset metrów, kiedy w trzcinie usłyszałem lekki trzask. Oho! Przystanąłem i prawie wstrzymując oddech zlustrowałem trzciny. Trzask powtórzył się i zobaczyłem, jak ugina się jedna i zaraz obok druga trzcina. Coś szło. Nie spodziewałem się grubej zwierzyny, nie miałem nawet odstrzału dzika. Teraz trzciny w odległości kilkunastu metrów zaczęły rozsuwać się na boki jedna za drugą. Podsunąłem się z zapartym tchem jeszcze kilka kroków unosząc dubeltówkę. Nagle z trzcin wysunął się ostry rudy pyszczek i dwoje trójkątnych uszu. Och, ty chytrusku!

Po szybkim strzale napięcie opadło. Słońce świeciło coraz jaśniej i na łące prawie nie było już szronu. Kropelki wody na liściach błyszczały jak brylanty. Szedłem lekko nie czując ciężaru lisa i nie zważając już na żadne szelesty. To dopiero trafiła się ruda niespodzianka!


MO


Ojciec mój znany był z nieprzejednanego stosunku do kłusownictwa. Jakakolwiek możliwość nielegalnego pozyskania zwierzyny, a zwłaszcza w okresie ochronnym i do tego w ciężkich warunkach zimowych oburzała go do głębi. Jako porywczy z natury mógł łatwo swoje oburzenie wprowadzić w czyn i nie mogłem ręczyć za zdrowie kłusownika przyłapanego na gorącym uczynku.

W latach sześćdziesiątych pozyskiwaliśmy tylko pięć dzików rocznie w obwodzie 127 (263) a nie sto pięćdziesiąt pięć, jak to się niedawno zdarzyło dzięki racjonalnej gospodarce naszego Koła łowieckiego. Kłusownictwo kwitło, a dokarmianie zwierzyny było niezrealizowaną teorią. Niemniej jednak staraliśmy się często bywać w terenie, ale brakowało dzisiejszej organizacji, a może i wiedzy o racjonalnej gospodarce łowieckiej.

Od jakiegoś czasu z obwodu 127 nadchodziły informacje o kłusowniku z kabekaesem. Kiedyś w piękny zimowy dzień wybraliśmy się pospacerować po terenie bez szczególnych zamiarów łowieckich. Bardziej dla lustracji terenu i zbierania wnyków. Pojechaliśmy z kolegą, entuzjastą tego obwodu poruszającego się słynną wówczas ”Zastawką”.

Wędrowaliśmy właśnie w dzisiejszym rejonie nr 5 zwanym wtedy ”Eisbergiem” być może z powodu łysawych pagórków na których czasem pasły się owce. Pomiędzy tymi pagórkami były i są do dzisiaj wspaniale ”dołki” - krzaki i zarośla, siedlisko wszelkiej zwierzyny. Z daleka dostrzegłem, że ojciec mój rozmawia z jakimś człowiekiem wymachując rękami. Samo spotkanie w zimowej pustce było dość niecodzienne, a ponadto wydawało mi się, że ów człowiek coś niesie. Kłusownik? Teraz biegłem już szybko, żeby ewentualnie ostudzić gniew ojca. Rzeczywiście! Człowiek trzymał kabekaes! Okazało się, że po spotkaniu go ojciec wylegitymował się i za-pytał, co u licha tamten porabia tutaj z kabekaesem? Indagowany podał ojcu swoje dokumenty z których wynikało, że jest funkcjonariuszem MO w stopniu plutonowego. Przybiegłem w dobrym momencie! Ojcu trochę piany wystąpiło na usta i kiedy ów osobnik z pewną miną wyciągnął rękę po dokumenty ojciec warknął:

- W prawo zwrot! Naprzód marsz! My tu mamy swoje MO, które zaraz rozpatrzy waszą sprawę. Nie gadać! I poprowadziliśmy gościa. Za górką stała ”Zastawka” w której siedział nasz kolega. Podeszliśmy do samochodu wraz ze zszokowanym milicjantem. Ojciec wyrecytował:

- Melduję, że zatrzymaliśmy kłusownika z bronią i przekazuję go do waszej dyspozycji!

Kolega uchylił drzwi samochodu (otwierały się do przodu), z kamienną twarzą wziął dokumenty milicjanta, wyjął notatnik z kieszeni drzwi i zaczął spisywać. Po czym spojrzał ponuro na winowajcę i po-wiedział:

- Chyba już nie będziecie pracować w MO!

W plutonowego jakby piorun strzelił. O mało nie klęknął przed samochodem. Zaklinał na wszystkie świętości żeby nie nadawać biegu sprawie.

- Istnieje możliwość, że nie złożymy doniesienia - odezwał się kolega surowo z trudem zachowując powagę - Musicie obiecać, że przyczynicie się do zwalczania kłusownictwa i że nie będzie już informacji o kłusowaniu z kabekaesem. Już my to sprawdzimy!

I co powiecie? Więcej meldunków o kłusowniku z kabekaesem nie było. Jakby poprawił się stan zwierzyny. A my długo jeszcze żartowaliśmy jak to uratowałem kłusownika przed słusznym gniewem Seniora.

DUBLET


...A co, fuzyjka moja?

Górą nasi, górą!

A co fuzyjka moja?

Niewielka ptaszyna,

a jak się popisała?

To jej nie nowina!


Adam Mickiewicz - "Pan Tadeusz"



Od dawna już polowałem z dubeltówką. Była to moja pierwsza broń, prezent od ojca - piękna belgijka z długimi zamkami, lekka i składna. Biła ostro, miała doskonałe przebicie i wysoki dźwięk jej strzału wyróżniał się zawsze pośród innych strzelb. Tak jak legendarni traperzy z Dzikiego Zachodu, odróżniłbym ten strzał od tysiąca innych. Stan broni był ogólnie dobry, ale z zewnątrz lufy były już mocno skorodowane. Widocznie - może podczas wojny - przechowywano ją ukrytą w ziemi, jak wiele przedmiotów ocalonych w ten sposób przed najeźdźcą. Wewnątrz lufy były jeszcze zupełnie dobre i kontrola techniczna broni przeszła pozytywnie. Nie wiedziałem, ile może mieć lat, ale wiekiem na pewno przewyższała mnie, młodego myśliwca.

Strzeliłem z niej mnóstwo zajęcy, lisów, nie wspominając o kaczkach. By utrwalić jej dobre imię wspomnę tylko, że nie zawsze "hańbiono ją sypiąc w nią śrut cienki". Strzeliłem też z niej swojego pierwszego dzika - ogromnego, ale chudego odyńca o wadze 80 kg., którego szable mam do tej pory. Może lepiej nie przypominać, jak dawno to było...

Dość powiedzieć, że obecne drągowiny były wówczas zaledwie młodnikami - zwartymi, gęstymi - wymarzonymi na ostoję dzików. I przyprowadziły mi pieski tego odyńca do nóg prawie. Linia przecinała leśny pagórek i ukazał mi się na tym pagórku jak czarna szafa na tle żółtego piasku i świerczyny nieco powyżej mojego stanowiska. Po strzale zwalił się i zsunął w dół po skarpie prawie przykryty zajadłymi pieskami. Zaskoczenie niespodziewanie skutecznym strzałem ustąpiło radości - był mój!

Strzeliłem jeszcze później kilkanaście dzików i ze strzelbą zaczęło się coś dziać. Nie trafiała już tak, jak dawniej, zbliżał się jej koniec. Wtedy jeszcze większość zwierzyny pozyskiwano na polowaniach zbiorowych. Co kto lubi - ale piękne to były czasy! Na polowania jeździło się ciężarówką siedząc pod plandeką na deskach przymocowanych na skrzyni ładunkowej. Psy żarły się pod nogami, pachniało dziczyzną i spalinami i śpiewaliśmy gromko wracając z polowania. Niepowtarzalny był nastrój na polowaniach, utrwalały się więzy koleżeństwa i przyjaźni.

Z czasem jednak towarzystwo "rozpełzło" się do własnych samochodów, a i polowań zbiorowych prawie nie organizuje się. Co zresztą, jak się okazało, wyszło na dobre zwierzynie, bo ma więcej spokoju i łatwiej o prawidłową strukturę odstrzałów. Ale, przynajmniej w naszym Kole, zawsze jeszcze kilka polowań zbiorowych w sezonie organizujemy - z pokotem, a jakże - dla lepszego poznania się myśliwskiej braci i zacieśnienia więzów myśliwskiej przyjaźni.

Dawniej jednak, jako się rzekło, przeważały polowania zbiorowe i z wszech miar pożądana była broń kombinowana - trójlufka czyli dryling. Wszcząłem więc starania o dryling, co nie było łat-we. Trzeba było zapisać się w kolejkę w sklepie myśliwskim nie mówiąc o zgromadzeniu funduszy.

Moja strzelbinka dożywała tymczasem swoich dni. Pamiętam piękne polowanie leśne z lat sześćdziesiątych w jednym z naszych obwodów. Padło 27 zajęcy, trzy dziki i trzy lisy. Tak, dryling był nieodzowny!

Nadeszła wreszcie upragniona chwila. Piękny Merkel - Suhl prezentował się okazale. Kaliber luf 12 sprawił, że broń była nieco ciężkawa ale nie miało to znaczenia dla młodego myśliwca. Kula kaliber 7x65R mogła zapewnić, jak się za chwilę okaże, niecodzienne rezultaty.

Polowaliśmy w terenie polno - leśnym. Małe laski brzozowe i młodniki świerkowe poprzetykane były łączkami i mokradłami ciągnącymi się aż do granicy uprawnych pól. Był styczeń i płaty śniegu zalegały na łączkach i pod laskami ożywiając nieco szary krajobraz. Ciężkie chmury nisko wisiały nad lasem i czuło się, że może sypnąć w każdej chwili.

Wypadło mi stanowisko na flance. Po lewej stronie miałem łąkę i trzciny. Łąka podchodziła pod niski świerkowy młodnik, a płaty śniegu kontrastowały z wieczną zielenią świerkowych gałązek. Stałem już prawie godzinę i wyglądało na to, że będzie to "głuchy miot". Co prawda na początku pies zaszczekał w miocie, ale potem nic się nie działo i niedługo należało spodziewać się trąbki na zakończenie pędzenia. Jak zwykle w takich przypadkach emocje dawno opadły i stałem przyglądając się łące, płatom śniegu i chmurom mając nadzieję, że to się wreszcie skończy. Bardzo to było bowiem przyjemne zajęcie kontemplować przyrodę, ale zaczęło być zimno. A tu nawet ruszyć się nie było można.

Nagle trzasnęła gałązka. Oho! W jednej chwili zmęczenie odleciało, świat nabrał barw i zmysły wyostrzyły się ponownie. W samą porę! Około 200 metrów ode mnie z młodnika zaczął "wyjeżdżać" istny "pociąg" dzików. I duże i małe i średnie. Dziki szły nieśpiesznym truchtem na skos przez łąkę przybliżając się do mnie jeszcze. Przyzwyczajony do dubeltówki nawet nie miałem zamiaru podnosić broni i nagle uświadomiłem sobie, że przecież mam "kulę" i strzał do 100 metrów poza miot jest jak najbardziej dozwolony i możliwy. Wybrałem więc jednego z mniejszych dzików w środku watahy i pociągnąłem za spust upewniwszy się uprzednio, że "przesunąłem na kulę". Po strzale w grupie dzików nastąpiło zamieszanie, ale "pociąg" defilował jeszcze przez chwilę po łące i znikł w trzcinach. Po trąbce poszedłem na miejsce strzału nie żywiąc większych nadziei na pomyślny rezultat jako że nie udało mi się zaobserwować wyraźnej reakcji w momencie strzału. Podchodząc bliżej dostrzegłem ślady farby na płatach śniegu i przelatka leżącego na boku – A co, fuzyjka moja?! - pomyślałem uradowany kierując ten okrzyk Asesora z "Pana Tadeusza" do mojego nowego nabytku. Farby było jednak więcej i tak jakby w kierunku odchodzącej watahy. W zaroślach coś zamajaczyło. Był to drugi dzik!

Opowieściom nie było końca. Do dzisiaj część kolegów w ten mój dublet nie wierzy. Było to bardzo, bardzo dawno ale...prawda!



APORTER


Kiedyś, w dawnych czasach, polowaliśmy na gęsi nad jeziorem Płoń – centrum gęsich przelotów w województwie szczecińskim. Dawne czasy to pojęcie względne; ani się obejrzysz, jak kolejne lata mijają jak z bicza trzasł, a niedawne jeszcze wydarzenia stają się odległe. Ale, na szczęście, jak to ładnie napisał jeden z kolegów na łamach "Łowca Polskiego" – pozostają one wciąż żywe we wrażliwej myśliwskiej pamięci.

Co do tego centrum przelotów można by oczy-wiście dyskutować; wiadomo, że takie "centrum" znajduje się także na pewno na tzw. Międzyodrzu. Ale tu, w rejonie jeziora Płoń czy Płone, jak nazywano je w latach pięćdziesiątych jedynie jezioro Miedwie, największe na Pomorzu, gościło swego czasu o wiele większe skupiska dzikich gęsi. Później otwarto lotnisko pod Goleniowem przeznaczone głównie do celów wojskowych. Huk odrzutowców nad Miedwiem stal się zjawiskiem powszednim. Tego było już gęsiom za wiele. Może powrócą teraz, kiedy już odrzutowce, przynajmniej wojskowe, stąd się wyniosły? Tak czy inaczej w "późniejszych dawnych czasach" jeździliśmy na gęsi nad jezioro Płoń. Miejscowi i tak narzekali: - kiedyś to, panie, były przeloty... A tera to, panie, ledwie ze trzy tysiące (!) na jeziorze siądzie i już wielki hałas... Nam jednak te "trzy tysiące" zupełnie wystarczały, bo i tak "uszczknąć" z nich jedną czy dwie było trudną sztuką.

Dzikie gęsi to jedne z najinteligentniejszych na-szych ptaków. Jak wiadomo, ich kuzynki – gęsi domowe swoją czujnością ocaliły Rzym... Polowanie na dzikie gęsi i obserwacje ich zwyczajów to fas-cynujące zajęcie. Myśliwy – przyrodnik nabiera szacunku do tych mądrych ptaków i nie cieszą go zbyt obfite rezultaty polowań, a właśnie możliwość uczestniczenia w jakimś odcinku gęsiego życia. Przechytrzenie ich – przy całym dla nich szacunku – daje myśliwemu niezapomnianą satysfakcję.

Organizacja stada dzikich gęsi jest wzorowa. Wystarczy popatrzeć, jak lecą tzw. kluczami po jesiennym niebie. Jedna prowadzi, a za nią lecą inne, jedna za drugą, tworząc szyk w układzie "V". Pozwala to na zmniejszenie oporu powietrza rozbijanego przez poprzedniczkę. Przewodnik czy przewodniczka lecąca na czele klucza co pewien czas "podmieniana" jest przez inną gęś dla nabrania sił. Zdarzyło mi się pewnego razu taką gęś strzelić, co niestety należy do myśliwskich "grzechów głównych". Na podgardlu u nasady dzioba miała wyraźną strzałkę długości 1,5 cm z jaśniejszych, różowych piórek. Żaden z przy-rodników nie umiał mi tego fenomenu wyjaśnić. Gęsi przebywają olbrzymie odległości lecąc na południe, kiedy w ich naturalnych żerowiskach na przykład w północnej Syberii zrobi się zbyt zimno. Powracają tam wiosną. Jeden z gatunków – gęś gęgawa – gnieździ się także się w naszym kraju. Najbardziej jednak masowe przeloty dzikich gęsi występują jesienią – jest to widoczny znak. że zima za pasem. Gęsi żerują na polach, zwłaszcza na oziminach wyrządzając spore szkody, jak na przykład w pół-nocnych Niemczech i Holandii gdzie nad brzegami Morza Północnego koczuje ich zimą dziesiątki tysięcy. Podczas żerowania stada pilnują wybrane, w zależności od jego liczebności – zwykle trzy lub cztery strażniczki. Nie pasą się, a cały czas obserwują okolicę. Jedno ich gęgniecie powoduje, że wszystkie gęsi przestają żerować i podnoszą głowy do góry. Następne gęgniecie to sygnał do odlotu i wszystkie gęsi zrywają się. Nocą lecą na wodę, gdzie nie dosięgnie ich lis. Najpierw lecą "forpoczty" dla rozpoznania terenu. Jeżeli zaczajony nad jeziorem myśliwy do tych zwykle tylko kilku gęsi strzeli, lub dostrzegą inne niebezpieczeństwo – główna "armada" nie przybędzie. Jeżeli panuje spokój, za kilkanaście minut przylatuje z pól "główna siła uderzeniowa" w liczbie często kilka tysięcy. Ale jak się porozumiewają? Przecież nie telefonem komórkowym?

Wracając do wspomnianych na wstępie dawnych dobrych czasów, a ściślej – do dawnych czasów "późniejszych" – z nad jeziora Płoń, nasz wyjazd na polowanie sprowokowały właśnie klucze dzikich gęsi na jesiennym niebie. Takiego widoku żaden myśliwy spokojnie znieść nie jest w stanie, wkrótce więc pędziliśmy naszym "Trabantem" w kierunku jeziora Płoń. Jako pasażera – kibica – zabraliśmy znajomego Belga, niejakiego Henry ‘ego, z którym zetknęły mnie sprawy służbowe, zwanego krótko – Heniek. Nie było jeszcze wtedy problemu z obcokrajowcami na polowaniu w charakterze kibiców. Teraz trzeba by na takiego kibica uzyskać zezwolenie Zarządu Wojewódzkiego PZŁ... Nasz Henio, postawny starszy pan w okularach z okoloną wianuszkiem siwych włosów łysiną jowialnie uśmiechnięty był pełen entuzjazmu. Znal już dość dobrze polskie realia kierując się zasadą: - life is tired and full of zasadzkas... (życie jest ciężkie i pełne ... zasadzek). Był rodem z Antwerpii. Podczas długich wieczornych rozmów przyznał się, wzruszony jedną czy dwoma szklaneczkami whisky, że też kiedyś polował. Kiedy stał się jeszcze bardziej rozmowny okazało się, że nie polował, a kłusował w okolicach rodzinnej Antwerpii w nadrzecznych łęgach kiedy jeszcze nie było tam tak rozwiniętego przemysłu. Zastrzegł jednak, że było to naprawdę bardzo dawno temu i że zawsze chciał zostać prawdziwym myśliwym, ale jakoś nie wyszło... Z przyjemnością przyjrzałby się jak to u nas wygląda. Henio był dobrym kompanem, więc chętnie go zabraliśmy. Stanowił ponadto element humorystyczny, tak potrzebny przy każdym wyjeździe. Wciąż sypał dowcipami i nieco komicznie wyglądał – szacowny starszy pan, poważny biznesmen przedzierzgnięty nagle w jakiegoś "Alpenjaegera", jak żartobliwie nazywają takich "myśliwców" Austriacy. Do jego "stroju myśliwskiego" zresztą podszedłem krytycznie:

- A co to za kurtka!? Wywróć ją podszewką do góry! Przynajmniej przypomina zieleń! A długie gacie masz? Może być przymrozek... Coś tam mruknął, że wytrzyma..

Heńka, jak sam później przyznał, pomimo obycia z polskimi realiami sporo w tej wyprawie zaskoczyło. Na przykład Trabant. Przyzwyczajony do Mercedesów nieufnie wsiadał do tego toczydełka, a po uruchomieniu silnika zapytał, czy to diesel? Po godzinie jazdy skręciliśmy w boczną drogę i dojechaliśmy do osady składającej się z dwóch czy trzech domów już nad brzegiem jeziora. Wokół rozpościerały się łąki, a jezioro oddzielone było od nas olszynowym laskiem.

- Jaka piękna farma – zachwycał się Henry.

-Owszem – powiedziałem – ale nazywa się ... Czartkowo. Wytłumaczyłem mu mniej więcej, że jest to nomen omen miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc – nie uwłaczając jego mieszkańcom. Kilku z nich wyszło właśnie na nasze spotkanie, a ubrani byli dość malowniczo – przeważnie w wojskowe "z demobilu" kurtki. Henry podejrzewał początkowo, jak się później przyznał, że to może jacyś partyzanci. Porozmawialiśmy trochę o gospodarce i polowaniu, zapewniali nas, że gęsi są. Później jeden z "partyzantów" życzył Heniowi szczęścia na polowaniu piękną francuszczyzną, co do reszty "zbiło go z tropu". Był piękny październikowy wieczór i słońce zachodziło czerwono. Henry pełną piersią chłonął czyste wieczorne powietrze i wszystkie te widoki. Był zachwycony, podekscytowany. Rwał się nad jezioro jak rasowy pies myśliwski. Jak to później określił, czuł się jak w rezerwacie przyrody, gdzie wszystko jest zachowane w swojej najbardziej pierwotnej postaci. Trudno mi tylko było mu wytłumaczyć, że ta piękna pogoda nie jest nam właściwie na rękę. Przydałoby się trochę chmur, a nawet deszczu. Przy czystym niebie gęsi szły wysoko i tylko zmierzch dawał nam szansę. Poszliśmy nad jezioro. Przeszliśmy olszynowy lasek i, idąc przez trzciny, dotarliśmy do miejsca gdzie trzcin praktycznie nie było. Brzeg jeziora zarośnięty był wysokimi trawami o szerokich i ostrych liściach. Około dwieście metrów od brzegu zaczynały się krzaki i zarośla - wspaniała, sądząc po odgłosach, ostoja dzików. Zajęliśmy tam stanowiska oczekując na gęsi nadlatujące nad jezioro z pól. Powoli zapadał zmierzch. Słońce już dawno schowało się za widno-kręgiem. Jeszcze purpurowe luny biły w niebo i od-bijały się w jeziorze a już noc czarnymi mackami brała w posiadanie tę naszą cząstkę wielkiego świata. To była nasza szansa. Przy pogodnym niebie jedynie późnym wieczorem gęsi mogły lecieć dostatecznie nisko na strzał, będąc jeszcze widoczne na tle nieba. Podczas naszego marszu przez olszyny słyszeliśmy już dźwięczne okrzyki pierwszych kluczy ściągających - jeszcze bardzo wysoko - na wieczorny wypoczynek. Leciały ponad sto metrów nad ziemią wprost nad jezioro i, nad miejscem gdzie zamierzały nocować, łamały się w locie i jak zmięte czapki spadały wprost nad nie z dużej wysokości "wyhamowując" nad samą wodą by "zapaść" wreszcie na noc. Ale "główne siły" jeszcze nie nadciągnęły. Czasem, gnane zimnem, leciały już dalej na zachód i południe Europy i wtedy nad nasze jezioro przylatywało ich niewiele. Oczekiwaliśmy jednak, nadsłuchując pilnie, bo w nadchodzącym zmierzchu trudno czasem było gęsi dostrzec zwłaszcza jeżeli leciało ich kilka. I... usłyszeliśmy. Z daleka narastał jakiś szum, jak krople nadchodzącej znienacka ulewy. Wkrótce rozróżnialiśmy już poszczególne gęgnięcia i wyraźna gęsia wrzawa zbliżała się szybko. Ciemna chmura pojawiła się od strony pól. To leciały na nocny wypoczynek te marne trzy tysiące, co to "tera" robią te trochę hałasu... A hałas w powietrzu rozlegał się okrutny. Ciągnęły klucze za kluczami, niektóre jak się wydawało już dostatecznie nisko na strzał. Słychać było glosy rożnych gatunków; dominował poświstujący odgłos gęsi zbożowych, a trafiały się i takie, które leciały całkiem "bezszmerowo". Zmierzyłem do trzeciej w kluczu, który wydawał mi się lecieć najniżej... Po strzale gęś złamała się w locie i z łoskotem wpadła w trzciny. Strzeliłem powtórnie... Kiedy już "gęsia burza" przeszła Heńka przy mnie nie było. Z trzcin dobiegły jakieś chlupotania, pochrząkiwania i już myślałem, że to może Heniek idzie z dzikiem w zawody, kiedy ukazał się on (Heniek nie dzik) we własnej osobie. Zmoczony dobrze powyżej kolan, uśmiechnięty, triumfujący taszczył dwie piękne gęsi niby rasowy wyżeł. Tymczasem zmierzch zapadł na dobre. W powietrzu rozlegało się jeszcze gęganie, to jacyś maruderzy spieszyli zająć miejsce na wodzie. Były te gęsi już prawie niewidoczne na tle gwiazd. Wracaliśmy rozgrzani sukcesem, nie zważając nawet – niektórzy z nas – na chlupanie wody w butach...

Tego roku na Święta dostaliśmy z Antwerpii piękną kartkę z... dzikimi gęśmi. Do zwyczajowych życzeń była dołączona notatka – "na pamiątkę niezapomnianych przeżyć nad jeziorem – Wasz aporter"





 
Następna porcja opowiadań naszego kołowego powieściopisarza Jurka Turzańskiego



 
KROWA
 
    Tego dnia wyglądało na to, że nie będzie wiało i  rząd wysokich topoli za oknem nawet się nie po-ruszał. Kajak był już w bagażniku i jeszcze tylko na-pełnić termos herbatą, strzelba, naboje i jedziemy.
     - Nie zapomniałeś blaszanego pudełka? Siedząc na przodzie kajaka trzymałem naboje w blaszanym pu-dełku żeby uniknąć zamoczenia  i  móc szybko prze-ładowywać.
     Nad zalewem trzciny zaczynały się poruszać, ale było jeszcze wcześnie i słońce dopiero przebijalo się do wyjścia zza końca swiata.
     - Po wschodzie słońca dmuchnie - mruknął Artur.
     - Za cyplem nas osłoni, a z powrotem jakoś damy radę - pocieszyłem go.
     Szybko rozkładaliśmy powłokę i łączyliśmy po-szczególne listwy tworząc szkielet. Później wsu-nęlismy do powłoki przednią i tylną część i połą-czyliśmy listwy podłogowe. Jeszcze kilka listewek i  kajak był gotów do zwodowania. Teraz nieodłączna puszka na naboje i za chwilę jedziemy.
     Przed nami z krzykiem zerwalo się stadko kaczek nurkujących i perkoz wynurzył się nagle po czym za-nurkował. Od dużego zalewu szedł rozkołys i dziób kajaka zaczął się lekko zanurzać. Słońce przedzierało się już przez poranne mgly i ruch na wodzie jakby się zwiększył Darły się trzciniaki, jakaś lyska rozpacz-liwie uderzając skrzydlami o wodę uciekała w bok i ze świstem przeleiało stado podgorzałek. Daleko w gó-rze unosiła się majestatyczna sylwetka orła bielika, nieruchomego,  ale w każdej chwili gotowego spaść na zdobycz.
     Na cyplu z kwakaniem zerwała się krzyżówka. Mocniej zabiły serca i Artur nacisnął wiosla kierując kajak bliżej trzcin. Za cyplem było całkiem spokojnie, a na wodzie leżały resztki piór i puchu. Mocniej ująłem dubeltówkę, a kajak ślizgał się cicho tuż przy linii trzcin. Trzciny nachylały się ku spokojnej wodzie i czasem rój muszek strząśniętych z jakiejś trzciny pakował się do oczu i uszu drapiąc nieznośnie. Przed kajakiem głośno chlupnęła kaczka nurkująca, a inna ciekawie wychynęła z trzcin i zaraz się schowała. Nie interesowały nas. Czekaliśmy na krzyżówki, piękne zielonogłowe kaczory, a nie uciekające rozpaczliwie po wodzie zanim wzbiły się w powietrze kaczki nurkujące. O, właśnie przed kajakiem wystartowała kaczka głowienka, cicho pokwakując biegła po wodzie machając skrzydłami aż wreszcie poleciała. Prowadziłem ją chwilę lufami dubeltówki i opuściłem broń.
     - A leć sobie zdrowo - mruknąłem. - Jesteś zbyt łatwa!
     Zbliżała się już następna zatoczka, a krzyżówek nie było. Napięcie rosło, bo z doświadczenia wie-dzieliśmy, że tam, gdzie zerwała się jedna może być ich więcej. Powoli wysuwaliśmy się zza cypla wpływając w następną zatoczkę. W głębi zamajaczyło coś ciemnego i spostrzegłem nogę krowy zanurzoną po kolano w wodzie. Ale zaraz! Czemu to takie czarne? I włochate? Czarna krowa? Zdębiałem. Piętnaście metrów przed nami stał w wodzie olbrzy-mi odyniec i patrzył na nas. Artur przestał wioslować. Patrzyliśmy chwilę na siebie, dzik zawrócił i rozprys-kując wodę popędził przez trzciny ku brzegowi. Strzelba sama poleciała mi do twarzy, ale opuściłem broń.
     - Nie mogłeś spróbować? - entuzjazmował się Artur. - Tak blisko, za ucho i koniec!
     - Kaczym śrutem? - spytałem - jak ty to sobie wyobrażasz? A poza tym 15 metrów i to on by nas włączył do swoich zbiorów, gdyby na nas runął! Ale emocje były i każdy sobie jednak myślał na swój sposób:
     - A może? A gdyby go tak za ucho? Nieładnie! Ale może? A dzik tymczasem galopował do lasu mrucząc zapewne pod nosem jakieś przekleństwa o przerywa-niu porannej kąpieli.
     Słońce wyjrzało już na dobre i wracaliśmy sobie koło tamtego cypla. Zagrzmiały skrzydła i dwa kaczory wyprysnęły świecą w górę mieniąc się w słońcu. Po strzałach złamały się w  locie i plasnę-ły o wodę daleko poza linią trzcin.
      - Dobre i to - powiedzial Artur. - A do uciekających po wodzie przecież i tak nie strzelasz! Rzeczywiście, nie strzelam.
 
 
 
POLOWANIE NA   MYŚLIWYCH
 
 
   
    Nadszedł październik, a z nim piękna pogoda jakby pragnąca wynagrodzić niedostatki minionego lata. Noce były już zimne; ranki zasnute mgłą, przez którą przedzierało się jesienne słonce. Kiedy pod-niosło się wyżej, krople rosy lśniły jak brylanty na liściach i trawach. Gęsto utkane pajęczyny srebrzyły się w cieniu upodobniając leśne pagórki do omsza-łych pni. Około południa robiło się ciepło, rzekłbyś - wraca lato. Ale złoto, czerwień i purpura okrywająca buki i dęby, klucze dzikich gęsi na bladoniebieskim niebie mówiły same za siebie. Była jesień - pełnia sezonu łowieckiego.
     W nocy i nad ranem dawał się jeszcze słyszeć basowy ryk władcy tej kniei - jelenia byka. Dziki zbierały żołędzie pod dębami obrastając w tłuszcz potrzebny do przetrwania zimy. Kaczki krzyżówki latały na ścierniska opychać się ziarnem jęczmienia...
    O tym wszystkim wiedziałem, tkwiąc w mieście i tęsknie śledząc klucze gęsi na jesiennym niebie. Z kłopotu wybawił mnie starszy kolega ”po lufie”. Tak ”nakręcił”, tak ”namieszał”, że wkrótce byłem zwolniony z praktyki na kilka dni i ”pruliśmy” moją WFM-ką w stronę Nowego Warpna. Nocować mieliśmy u miejscowego kolegi myśliwego na sianie, a dożywiać się późnymi jabłkami i śliwkami, które ”latoś” wyjątkowo obrodziły. Jakoś to będzie! Entuzjazm i nadzieja towarzyszyły nam jak zwykle na każdej myśliwskiej wyprawie.
     W ciągu dnia polowaliśmy na kaczki. Strzeliłem, a jakże, pięknego kaczora z wału nad Zalewem. Spadł do wody niedaleko brzegu i wszystko wskazywało na to, że lekki wiaterek przygna go do moich stóp. Cóż, kiedy kilka metrów od brzegu kaczor zakręcił się podejrzanie i zaczął dryfować w inną stronę. Co było robić? Psa niestety nie miałem, a zmarnować strze-loną zwierzynę to grzech nie do wybaczenia. Słońce przygrzewało... Rozebrałem się, popłynąłem i zła-pałem drania. Brrr!... Nic tak nie rozgrzewa, jak myśliwska pasja.
     Wieczorem postanowiliśmy wybrać się na dziki, które buchtowały pod dębami i dobierały się do resztek ziemniaków znajomego gospodarza. Przed polowaniem jednak należało zgłosić swoje zamiary w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza. Nasz obwód łowiecki, przylegający do Nowego Warpna i Zalewu Szczecińskiego ciągnął się też kilkanaście kilometrów wzdłuż granicy państwa. Jest to zresztą nadal aktualne - ciągle tam polujemy.
     W tych czasach, a to były czasy! - jak mawiają starzy... myśliwi, na obszarze zbliżonym do granicy wolno było przebywać tylko za specjalnym zez-woleniem. Nie dotyczyło to zamieszkałej tu ludności i myśliwych z kół łowieckich dzierżawiących tereny przygraniczne. Musieli jednak oni (myśliwi) każ-dorazowo zgłaszać w strażnicy WOP swój pobyt w łowisku. Odwiedziliśmy wiec strażnicę, wpisano nas do rejestru i poszliśmy na polowanie. Usiadłem na ambonie na skraju kartofliska, a kolega wybrał inny rejon.
     Dzień powoli miał się ku końcowi. Zaświstały skrzydła krzyżówek lecących gdzieś na ścierniska. Na kartoflisko wyszedł rogacz skubiąc ostrożnie łęty ziemniaczane.
     - Że też może mu to smakować - pomyślałem. Był to ładny selekt, ale już poza zasięgiem - rozpoczął się okres ochronny. Zmierzchało. Z daleka odezwały się gęsi, które ciągnęły z pól na jezioro Piaski leżące już poza naszym terenem łowieckim. Lubię polować na gęsi. Prawdziwą satysfakcję daje przechytrzenie tych zmyślnych ptaków nocujących na wodzie dla ochrony przed drapieżnikami, np. lisami. No, ale teraz ocze-kiwałem czegoś grubszego. W czystym powietrzu każdy dźwięk roznosił się daleko i miałem nadzieję usłyszeć charakterystyczny trzask łamanych gałęzi zwiastujący zbliżanie się grubszej sztuki.
     I... doczekałem się. Ale odgłos towarzyszący zbliżaniu się tej ”grubszej sztuki” był jakiś dziwny. Wkrótce nie miałem wątpliwości. Pod ambonę zajechał wojskowy gazik. Wysiadł z niego podoficer WOP. Podszedł do ambony i powiedział:
     - No to schodźcie...
Nie było co dyskutować. Powiedziano mi, że wszystkiego dowiem się na strażnicy. Żołnierze zapy-tali jeszcze o mojego kolegę. Z braku możliwości ”ustalenia miejsca pobytu” użyli psa służbowego i już po kilku minutach kolega też był ”upolowany”. Na strażnicy WOP w Karsznie dowódca zarzucił nam, że przekroczyliśmy nielegalnie granicę. Podobno widziano ślady naszego motocykla niedaleko owego zaora-nego pasa który, od naszej strony, stanowił pierwsze zabezpieczenie granicy przyjaźni z NRD. Pas rzeczywiście ”przerwano”, to znaczy ktoś go przekroczył. Teraz trwała wielka akcja szukania przes-tępców. My mieliśmy prawdopodobnie być ”dowo-dem rzeczowym” aktywnej działalności dowódcy na wypadek wizyty władz.
     Z tym pasem granicznym różnie bywało; któregoś dnia przeszedł go nasz gospodarz w poszukiwaniu psa. Rypsiu - takie było jego imię - zgubił się po drugiej stronie pasa granicznego i wył rozpaczliwie.
    - Rypsiu, Rypsiuu! - wołał myśliwy. - Ouu! - płakał Rypsiu bojąc się ruszyć z miejsca.
     - Wrócił ja z psem - opowiadał potem gospodarz - a tu patrzę: wapista w pagatowiu stoi! Mówię mu - czego, ja tylko po psa paszoł! A on w pagatowiu był...
     W naszym przypadku okazało się później, że to jakiś grzybiarz nieszczęsny ten pas przekroczył. A trzymano nas przez to na strażnicy jako ”zakładników” przez całą noc do popołudnia dnia nas-tępnego. Co pewien czas wzywał nas dowódca i próbował wymusić przyznanie się do winy. Niewiele dawało tłumaczenie o legalności pobytu w łowisku i powoływanie się na zgłoszenie w rejestrze strażnicy. Kiedy wreszcie sprawa się wyjaśniła i wypuszczono nas, chyba nawet usłyszeliśmy słówko ”przepraszam”.
     No, ale polowanie diabli wzięli. Za to, bez najmniejszej przesady mogliśmy stwierdzić, że upolowano - nas!
 
 
 
W KUKURYDZY
 
 
   
    Obrodziła nam ta kukurydza, że hej! No i ”zamieszkały” w niej wszystkie dziki z całego obwodu. No, może prawie wszystkie. W każdym razie pod wieczór, a nawet w ciągu dnia falowała jak ocean i to nie z powodu wiatru: kwiki, odgłosy pochrząkiwania i smakowitego mlaskania niosły się daleko. Słynny rejon 2a w obwodzie nr 127 miał znowu to szczęście, że tu właśnie posiano kukurydzę. Padło w tym rejonie najwięcej dzików i zawsze trudno było doko-nać wpisu w książce pobytu myśliwych w łowisku właśnie na ten rejon. Pewnego razu jednak spotkało mnie wyróżnienie, to znaczy udało mi się ”zapisać na 2a” wraz ze znanym gawędziarzem - Stasiem.
     Usiadłem na ambonie ”na zrębie” z której już parę razy udało mi się dzika strzelić. Przez lata zrąb, przylegający do pola, zarósł niskimi krzewami i ”samosiejami”, które ”przydusiły” sadzonki świerków. Stworzyło to dobre warunki bytowania wszelkiej zwierzyny, czego nie można było powiedzieć o małych swierczkach. Ale może nawet rozmyślnie pozostawiono taka enklawę różnorodnej leśnej plątaniny. Wysiewały się tu nasiona rożnych drzew i krzewów, a ptaki - najważniejszy sprzymierzeniec leśnika znajdowały wspaniale schronienie.
     Sytuacja pod amboną nie była najlepsza:  łan kukurydzy podchodził tuż pod były zrąb i strzał możliwy byłby tylko na wąskiej miedzy pomiędzy kukurydzą a lasem. No, zobaczymy. Siedziałem jednak i siedziałem, dziki chodziły po kukurydzy, ale nic nie zbliżało się do ambony. Rozwidniło się zupełnie i lunął rzęsisty deszcz. Niby nic strasznego: dla myśliwego każda pogoda jest dobra. Dach ambony chronił przed deszczem, tylko bokami trochę zacinało. Po pewnym czasie jednak poddałem się. Popatrzyłem na zegarek. Była ósma.
     - Dosyć tego dobrego - powiedziałem sobie. Pozdrawiam was, wszystkie dziki w kukurydzy! Jeszcze się spotkamy!
     Rozładowałem broń i zszedłem z ambony. Deszcz lał bez przerwy, więc szedłem jak najszybciej marząc o gorącej herbacie w ”budzie” czyli naszej stanicy myśliwskiej. Szedłem między kukurydzą a lasem. Liczne tropy i ślady buchtowania świadczyły o dużej ”frekwencji” dziczego towarzystwa. Idąc w kierunku leśnej drogi prowadzącej w stronę ”bu-dy” przechodziłem pod następną amboną. Stamtąd dobiegł mnie szept:
     - Cicho! Chodź na górę!
Pomimo późnej pory siedział tam Stasio ”ostro przyczajony”.
     - A to wytrwały - pomyślałem i wdrapałem się na ambonę.
     - Chodzą i chodzą - szeptał - może wyjdą? Tak leje! Ja już w tym tygodniu dwa strzeliłem, więc w ra-zie czego - wal!
     Podziękowałem Stasiowi myśląc, że właściwie i tak nigdzie się nam nie spieszy. Ambona dawała pewną osłonę od deszczu, a w odległości 20-30 met-rów kukurydza odsunęła się nieco od lasu i była tam szansa na strzał. Deszcz zresztą właśnie sprawił, że dziki w kukurydzy ciągle były na ”chodzie”.
     Chlapało, bębniło, szumiało i... chrząknęło! O, do licha! Ciemne sylwetki zamajaczyły w kukurydzy. Wychodzą! Z kukurydzy wysunął się mały przelatek i zaczął buchtować pod lasem nic sobie nie robiąc z ulewy. Na szczęście już wcześniej zarepetowałem broń. Oparłem sztucer na brzegu ambony, napro-wadziłem krzyż lunety na dzika i pociągnąłem za spust. Fajt! I dzik leżał, strzelony w głowę.
     - Jak ty strzelasz! – ”wsiadł” na mnie Stasio.
     - No jak to jak, przecież leży...
     - Leży, leży... I co z tego! Trzeba podłożyć dłoń pod łoże broni, bo inaczej ”zerwiesz” strzał!
     - Tak jest, panie kierowniku – powiedziałem patrząc pilnie w kukurydzę.
     Po 10 minutach z kukurydzy wysunął się drugi przelatek. Podłożyłem posłusznie dłoń pod łoże sztucera, oparłem o krawędź ambony, naprowadzi-łem krzyż lunety na cel i strzeliłem. Drugi dzik wywrócił się obok pierwszego, trafiony identycznie.
     - Teraz to co innego - skwitował z uznaniem Stasio.
Hmm... Dziki leżały obok siebie, jakby się umówiły. Ale kiedy wyszedł trzeci, Stasio zaprotestował. - Nie, broń Boże nie dlatego, żebym więcej nie strzelił.
     - Cicho! - powiedział. - Za nim idzie większy. Rzeczywiście,  w  kukurydzy zamajaczył duży cień przesuwający się w stronę lasu. Nic jednak z tego nie wyszło. Mniejszy się schował, a większy nie wyszedł z kukurydzy.
     - Może to i dobrze, Stasiu - powiedziałem - bo teraz na odmianę musiałbym chyba strzelać z wolnej ręki!
 
 
FUKS
 
 
     Tego roku druga połowa maja była niezwykle ciepła. Właściwie zaczynało się już lato  i tempe-ratury przekraczały dwadzieścia stopni. Równo-cześnie była to jeszcze wiosna w całej swej krasie kwitnących łąk, chrapania słonek i nocnego śpiewu słowików.
Postanowiliśmy całą rodziną założyć pierwsze w tym roku obozowisko nad jeziorem. Było tam kilka namiotów, jako że pod pojęciem "rodzina" rozumiałem, oprócz swoich bliskich, także dziadków, wujków i wszystkich innych członków naszego klanu, których łączyło zamiłowanie do przyrody.
A było naprawdę pięknie. Obozowisko leżało na skraju rejonu nr 4 naszego obwodu łowieckiego nad dużym jeziorem, które mieściło się w jego granicach. Zaraz za namiotami rozbitymi na polanie wśród starych sosen okalających wąskim pasem ten odcinek brzegu ciągnęły się bujne łąki aż po daleki bukowy las.
Tak to sobie trochę chytrze obmyśliłem, żeby wszyscy byli zadowoleni, ale i ja też - na łąkę wychodziły dorodne kozły. Z tymi kozłami był pewien kłopot. Mianowicie były zbyt dobre - nie nadawały się do odstrzału. Bo co powiedzielibyście mając prawie w zasięgu osiem pasących się kozłów, z których każdy był jeżeli nie mocnym szóstakiem, to przynajmniej przyszłościowym widłakiem?
Kiedy więc wymknąłem się z obozu wieczorem, mogłem tylko nacieszyć oczy. Oczywiście miałem odstrzał selekta – trzymaliśmy się twardo tej zasady w naszym kole łowieckim, co spowodowało między innymi taką sytuację na łące. Selekty - rogacze, z których zdrowiem było coś nie w porządku – uwidaczniało się to w ukształtowaniu poroża, sylwetce zwierzęcia itp. - były eliminowane z łowiska. Pozwalało to na poprawienie kondycji zwierzyny przez dopuszczenie do rozrodu zdrowych i  prawidłowych reproduktorów. Z rana więc, ominąwszy ostrożnie "znajomków" żeby mnie nie oszczekały wszedłem do ciemnego jeszcze lasu i po kilkunastu minutach "przebiłem się" do następnych łąk, ciekawie położonych wśród krzaków i zarośli porastających dno dawnego jeziora.
Delikatne, bukowe listki zatrzymywały pierwsze, nieśmiałe promienie porannego słońca. Wyjrzałem na łąkę z uczuciem spóźnialskiego ucznia. Dzień wstawał piękny, słońce osuszało rosę i obawiałem się, że co ostrożniejsze sztuki pochowały się już w lesie czy w zaroślach.
Wyszedłem  z  lasu  i,  okrążając kępę krzaków i trzcin, posuwałem się ostrożnie brzegiem łąki. Stopy w cienkich tenisówkach chwilami grzęzły w torfie, a komary zaczęły dobierać się do mnie nie na żarty.
W dalekiej perspektywie dostrzegłem w lornetce dwie rude plamy: sarny! Szedłem ostrożnie w ich kierunku i po pewnym czasie widziałem je już wyraźnie. Wyglądały na kozy, na które oczywiście na wiosnę się nie poluje. Trzymały się razem, a na głowie jednej z nich dostrzegłem jakby zgrubienie. Nagle zaczęły biec w moim kierunku. Przywarłem do krzaków. Po chwili pojawiły się znowu, a ja skradałem się do nich pod osłoną zarośli. Spojrzałem przez lornetkę. Myłkus! Jedna z sarn okazała się rogaczem o ciekawych, zagiętych do tyłu parostkach. Były niewielkie, skręcone jakby w korkociąg, a jedna z tyk sięgała głowy kozła w okolicy łyżki. Drażniło to widać biedaka i co chwila drapał się w to miejsce tylną cewką. Kiedy tak stałem, wysunął się zza krzaków. Był zupełnie blisko...
W międzyczasie słońce podniosło się wyżej i za-częło dogrzewać coraz mocniej. Szedłem z kozłem na plecach brzegiem lasu, łąkami, aż doszedłem do naszego obozowiska. Zastałem zupełnie już rozbu-dzone towarzystwo. Paniom, które żałowały pięk-nego koziołka wyjaśniłem, że właściwie skróciłem jego cierpienia. Nie wydawały się być przekonane. Uwaga mężczyzn skupiła się raczej na oryginalnych parostkach kozła.
     Kuzyn powiedział:
     - Strzelić takiego myłkusa to prawdziwy fuks!
 - No, powiedzmy, rzadki przypadek - zgodziłem się - ale wypracowany! I opowiedziałem jak to było. Kuzyn sam już był adeptem łowiectwa - jeszcze nie selekcjonerem i miał ze sobą dubeltówkę. Po śniadaniu poszliśmy, by w jakimś zapadłym kącie łąki poćwiczyć strzelanie. Rzutek miała udawać butelka po szampanie, opróżniona poprzedniego dnia na cześć wiosny i początku lata.
Rzucałem i rzucałem, strzały grzmiały, ale butelka jakoś nie chciała się rozbić. Wtedy wyszperałem gdzieś w kieszeni starą brenekę i poprosiłem, żeby to on teraz rzucił butelkę. Naturalnie nie wierzyłem, że trafię. Po strzale butelka upadła w zarośla. Kuzyn przyniósł ją i zobaczyłem, że jakoś dziwnie na mnie patrzy. Grube, masywne dno butelki wypadło, a szyjka była poobijana od wewnątrz.
 - Wiedziałem, że to zrobisz - powiedział - chciałeś mi pokazać klasę, co?
-   A ja nie wiedziałem - odparłem - Ale jeżeli rzeczywiście trafiłem breneką tę butelkę, to był dopiero prawdziwy fuks!
   
 
Nowe opowiadania (Na czwórce,Ślimak, Trop,Na ściernisku, Dzikie gęsi)


  II nagroda w ogolnopolskim konkursie literackim ”Lowca Polskiego” w roku 1994


DZIKIE GĘSI
 
 
 
                                 ... Któż z nas tych lat nie    
                                  wspomni, gdy młode pacholę
                                  ze strzelbą na ramieniu
                        świszcząc szedł przez pole...                                                
 
                                                                  Adam Mickiewicz - ”Pan Tadeusz”
   
   
 Wybiegam myślą jeszcze dalej i dalej - aż do ”tych łąk zielonych szeroko rozciągnionych” nad błękitny-mi wodami mojego jeziora.
     Jest ciepło, przytulnie i bezpiecznie. Atmosfera jest jakaś szczególna, prawie - świąteczna. Rodzice krzątają się w kuchni. Muszę iść wcześniej spać, jutro - polowanie!
     Jestem już duży, ale czy przeskoczę ten rów w drodze do jeziora? Niedawno jeszcze musiałem zostawać w samochodzie i czekać na ojca, niecierpliwie dowiadując się, jak tam było.
     Wieczorem przygotowywaliśmy z ojcem strzelbę i naboje. Wyobraźnia pracuje. Przed oczami przesuwają się obrazy łąk, trzcin i słyszę dźwięczny głos dzikich gęsi. Niepostrzeżenie zasypiam i już dzwoni budzik. Jemy szybko śniadanie, słyszę pykanie starej Dekawki i czuję charakterystyczny zapach spalin. Niebo jest pełne gwiazd i  nie ma wiatru. Kiedy dojeżdżamy nad jezioro jest jeszcze zupełnie ciemno. Gęsi, te mądre ptaki, nocują na jeziorze i o brzasku lecą na żer na oziminy. Niejeden lis spogląda za nimi, łykając ślinkę. Czy mu się kiedyś uda?
     Na łące jest rosa i chłodny powiew ciagnie od trzcin. Hurra! Przeskoczyłem rów! Nawet nie nalało się do butów. Teraz szybko w znajome miejsce, którędy gęsi powinny przelatywać. Dochodzimy jak najbliżej  jeziora i dokładnie  maskujemy  się  w trzcinach. Dnieje. Jesienny wiaterek przeciąga po trzcinach wywołując dreszcze. Ale nic to! Slucham z ot-wartymi  ustami  i nagle jest! Wyraźne gęgnięcie i zaczyna się gadanina. Pewnie spierają się, gdzie dzisiaj polecieć. Jest coraz jaśniej i na jeziorze zaczyna się ruch. Słychać perkozy, łyski i kurki wodne.
     Pst-pst-pst - to parka kaczek przeleciała niedaleko i  już startują szpaki. Z szumem i świstem leci całe stado. Ale uwaga! Głośne gęgnięcie. Drugie, trzecie i  nagle grzmot tysięcy skrzydeł, ogłuszające gęganie i  serce skacze do gardla: gdzie polecą? Lecą, lecą! Coraz bliżej, cała chmura, tysiące. Zalewa nas kakofonia dźwięków. Strzał! Gęś wali się w dół aż ziemia jęczy. Biegnę i szukam, rozgarniam trzciny i  trawy. Jest! Śliczna szara gąska. Nasza! Trochę jej szkoda. Taka ładna... Ale tysiące, tysiące poleciało zdrowo. To jakby piękny dar natury za trudy, emocje... Coś szepcze - ciesz się, smakuj zwycięstwo! Ale nie pragnij zbyt wiele...
     I znowu stoję przy trzcinach, takich jak wtedy tamte... Lecą dzikie gesi chociaż wszystko przemija i  nie ma już tamtych dni. Trzciny kłaniają się poruszane wieczorną bryzą. Jesienne słońce zanurza się prawie w spokojnej tafli jeziora. Już pierwsze klucze ciągną wysoko na wieczorny wypoczynek. Wszystko przemija, ale gęsi ciągną, a słońce jak zawsze zanurza się w jeziorze i nie ma już tamtych dni.
     Stoję urzeczony pięknem purpury i czerwieni roz-lewających się po wodzie i bijących łuną w niebo.
     Słońce już się schowało i bledną barwy zachodu. Szpaki znowu zaszumiały w powietrzu i psyknęły skrzydła krzyżówek. W trzcinach chlupoczą dziki poczynając sobie coraz śmielej w nadchodzącym zmierzchu. Uwaga! Metaliczne gęgnięcie. Lecą! Za wysoko. Jeszcze jeden klucz i jeszcze. Nagle wprost z jeziora leci na mnie mały klucz. Czemu w tę stronę? Już prawie ciemno. Celuję do drugiej, wyprzedzenie i - gęś spada mi pod nogi! Ale zaraz, przecież nie strzelałem! Kilkadziesiąt metrów dalej stojący mój syn szybciej ”skonsumowal” to wieczorne danie myśliwskie i takim mnie uraczył prezentem!
     No cóż, pomyślałem sobie, rów dawno już przeskoczył... Emocje, trudy, przeżycia i dary natury - niech wzbogacą te nasze dni. Żeby nie odeszły zapomniane. Żeby warto było żyć.
 
 
 
 
NA ”CZWÓRCE”
 
  
      Wysiadłem. Ostry podmuch wiatru wdarł się pod kurtkę. W górze w gałęziach zawodził wiatr i księżyc z trudem przebijał się przez korony drzew. Powoli wtapiałem się w wilgotną rzeczywistość letniej nocy. Chlupnęła woda w kałuży. Gwałtownie zapragnąłem znależć się znów w myśliwskim domku. Tymczasem byłem coraz dalej. Wiedziałem, że już za chwilę ciepło rozejdzie się po kościach, a las przestanie straszyć swoją tajemniczością. Instynktownie stąpałem ostrożnie, wolno, starając się nie nadepnąć gałązki. Zmysły zaostrzyły się, podmuchy wiatru smagały po twarzy upewniając co do kierunku podchodu. Po niebie pędziły chmury i co chwila księżyc jaśniał pełnym blaskiem, a długie cienie kładły się po lesie wywołując niesamowite kształty krzaków i zarośli.
 
TO nadchodziło. Nieokreślone poczucie więzi i harmonii – światła księżyca, cieni, wiatru i zapachu liści. Byłem tu znowu. Było dobrze.
 

 

ŚLIMAK

      O Stasiu już opowiadalem? Dobry to i uczynny kolega,  a  gawędziarz, jakich mało. Kiedy siedzimy sobie  w naszej ”budzie” – stanicy myśliwskiej w przerwach  w polowaniu, Stasiowi usta się nie zamykają.
     Ta ”buda” to cała historia. Nie wiem, co bez niej zrobilibyśmy... Jak prawdziwa gawra pozwala przetr-wać najcięższe mrozy,  zawsze przytulna i ciepła. Oczywiście kiedyś spało się i w lesie i w samochodzie, ale to była ”partyzantka”. Teraz to, panie, kultura i  komfort – rekompensujący myśliwskie trudy.
Usytuowana jest niedaleko leśniczówki w sadzie, tuż przy szosie. Stąd niedaleko już do większości rejonów, na które podzieliliśmy nasz teren łowiecki.
.   No, ale mieliśmy mówić o Stasiu... A raczej to on mówić powinien. Do tego jednak, jak wspomniałem, zachęcać go nie było trzeba. Siedzieliśmy właśnie w  ”budzie” czekając na księżyc. Wieczorne wyjście niewiele dało i teraz mieliśmy nadzieję spotkać jakiegoś dzika buchtującego na polu czy pod lasem w świetle księżyca. Rozparł się więc Stasio wygodnie na jednym ze składanych krzeseł i zaczął:
     - Jak wiecie, jestem bardzo ostrożny. Licho nie śpi... Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Wolę więc mieć zawsze ”wgląd w sytuację” dookoła, a i tyły zabezpieczone. Czekałem sobie raz na dziki pod lasem siedząc na krzesełku myśliwskim. Z przodu miałem szerokie pole widzenia, a z tyłu – gruby pień drzewa. Wszystko było w porządku. Siedzialem tak dłuższy czas. Było cicho i nic się nie działo. Dziki gdzieś się zapodziały i nie chciały wychodzić. Zachcialo mi się spać i prawie się zdrzemnąłem. Zmierzchało i odgłosy lasu powoli zamierały. Było dobrze.
     Nagle bez ostrzeżenia coś złapało mnie za głowę i  ściągnęło czapkę. Skoczyłem na równe nogi.. – Bandyci! – już miałem krzyknąć. Ale jacy? Gdzie? To była sowa... Bezgłośnie nadlatując usiadła mi na głowie.
     A kiedyś – pamiętacie? Liczyliśmy jelenie w ramach ogólnopolskiej akcji inwentaryzacji zwierzyny płowej. Siedzialem na ambonie  i  zasypialem ze znużenia. Na nic nie wolno było polować, a tylko – liczyć. Jakieś tam jelenie widziałem, ale nagle przed amboną usiadło duże stado dzikich gęsi. Żerowały, a ja zacząłem je liczyć dla wprawy i żeby nie zasnąć. Nagle patrzę – zerwały się! Lecą prosto na mnie, rosną w lornetce! Ledwie zdążyłem się uchylić, a jedna z nich przeleciała ze świstem przez ambonę. Mało mi głowy nie urwała!
     - A to ci się dopiero przyśniło! – powiedział jeden z kolegów.
     - Może rzeczywiście – przyznał Stasio – ale było ich pełno. Gęsi, nie jeleni. A pamiętacie moją Korę? To był pies! Wybrałem się kiedyś z nią na kaczki nad Zalew. Nie zdążyłem jeszcze strzelić, a już przyniosła mi białego kaczora... No, ale wreszcie strzeliłem jakieś dwie kaczki. Spadły daleko i Kora popłynęła za nimi. Nie było jej i  nie było. Wróciła po dwóch go-dzinach, taszcząc pięć kaczek. Była aż przy Bramie Torowej na dużym Zalewie i pozbierała wszystkie postrzałki!
     Innym razem znowu siedziałem na ambonie czekając na dziki. Nie, żadna sowa mi na głowie nie usiadła... nic z tych rzeczy. Było lato, piękna pogoda i  wieczor zapadł cichy bez jednego muśnięcia wiaterku. Ptaki śpiewały jeszcze przez jakiś czas, ale przerwały jak nożem uciął. Było ciemno i cisza wprost przeraźliwa. Słychac było nawet opadanie liści parę drzew dalej. Nagle usłyszałem: - idą! Głośny szelest i szuranie w lesie. Marudziły jednak widocznie bo, chociaż szeleściły, pod amboną nie było nic widać. Prawie na pewno słyszałem nawet chrząkanie. Siedziałem tak już dluższy czas i ręce zgrabiały mi zaciśnięte na gotowej do strzału broni. Szelest powtórzył się. Wychodzą! Spojrzałem w dół. Pod ambonę wyszedł... ślimak!
     - No, dosyć tego dobrego – nie wytrzymał jeden ze słuchaczy. Księżyc jest już wysoko, idziemy! Może spotkamy jakiegoś...ślimaka?
     Poszliśmy. A może?


TROP
 
  Był kiedyś w naszym kole łowieckim miły kolega, zaciągający nieco z wileńska miłośnik psów, a miał ich kilka. Raz był to foksterier, raz wyżeł, a wszystkie miały jedną wspólną cechę - imię ”Trop”.
     Ostatni Trop był pięknym wyżłem, ale niestety nie najmądrzejszym. Swoim zachowaniem powodował różne komiczne sytuacje, a właściciela doprowadzał do pasji, co nie zawsze się dla niego (Tropa) dobrze kończyło.
     Podczas polowania na kuropatwy Trop nie tylko nie potrafił wystawić zwierzyny, ale płoszył stado i biegł za nim nieprzytomnie utrudniając strzał. Do każdej strzelonej sztuki biegli na wyścigi myśliwy i Trop. Pies bowiem nie tylko nie aportował zwie-rzyny, ale dopadłszy pożerał na miejscu.
     - Psia jego mać! - zauważał właściciel nie bez racji i krzyczał: - Truoop! Truoop! Do nogi! - Ale gdzie tam...
     Któregoś razu tak się kolega nasz zdenerwował, że ”przyłoił” biednemu Tropowi z dużej odległości cieniutkim śrutem. Pies przerwał pogoń za kuropatwami, siadł na ziemi i nastroszył uszy spoglądając w kierunku strzału. Z trawy widać było tylko kufę z komicznie nastroszonymi uszami i zdziwionym spojrzeniem. Myślał. Może nareszcie coś zrozumiał?
     Innym razem polowano na kaczki i właściciel Tropa szedł brzegiem, a za trzcinami posuwał się pomocnik w chybotliwej łódeczce odpychając się żerdzią od dna. Myśliwy nie dał się namówić na wyprawę łódka co okazało się poniekąd słuszne, ale o tym za chwilę. Trop buszował w trzcinach, a spło-szone kaczki zawracały w stronę brzegu widząc pomocnika na łódce. Po strzałach Trop o dziwo zaaportował kaczkę, ale przyszło mu do głowy zanieść ją do łódki zamiast na brzeg.
     -Truoop! Truoop! - krzyczał właściciel, ale Trop z kaczką w kufie wziął kurs na łódkę.
     - Nie umiem pływać! - krzyczał pomocnik. - On mnie wywróci!
     - Truoop! - przywoływał psa właściciel, ale Trop zapatrzony w łódkę pracował w wodzie mocno łapami i - bulbulbul! Bul-bulbul! - był coraz bliżej.
     No i stało się tak, jak przewidywaliśmy. Trop próbował wdrapać się na burtę, łódź przechyliła się, nabrała wody i poszła na dno razem z wrzeszczącym pomocnikiem. Na szczęście nie było głęboko i pomocnik stał, ciągle w łódce spoczywającej teraz na dnie, a woda sięgała mu do szyi.
     Właściciel pochwalił psa: - nu, psia jego mać, jednakowoż kaczkę zaaportował. Nu, może troszeczku nie tam, gdzie trzeba, ale zaaportował!
     O, psia jego mać!...
 
 
NA ŚCIERNISKU
 
   
    Był początek sierpnia. Suche tegoroczne lato spra-wiło, że żniwa miały się już ku końcowi. Dni były słoneczne i bezwietrzne, jakby ociężałe dojrzałością gorącego lata które, jeszcze w pełni, nosiło już w sobie zapowiedź nadchodzącej jesieni. Tym bardziej chciało się nim nasycić, jak dojrzałymi owocami, które już niedługo miały spaść z drzewa, ale teraz ofiarowywały najlepszy bukiet barw i smaków. Wie-czorami, kiedy słońce chowało się już za lasem, czuło się jak cały kurz spracowanego ale radosnego dnia powoli opada i wsiąka w ziemię, zatrzymuje się na liściach drzew i trawach. Wieczorny chłód przynosił pierwsze krople rosy, a ziemia pachniała spokojem oddychając z ulgą w przedwieczornej ciszy.
     O łanie owsa dowiedziałem się zaraz po przyjeź-dzie. W tym roku nie miałem jeszcze okazji zapolować i byłem wdzięczny Kaziowi, gospodarzowi i  strażnikowi łowieckiemu naszego łowiska za cenną informację. Wszystko już prawie skoszono, było więc oczywiste, że tam będą żerować dziki tej nocy. Co prawda księżyc się jeszcze nie pojawił, ale dni były piękne i liczyłem na długi wieczór i poranne zejście.
     Dla myśliwego każda pogoda jest dobra; czasem nawet obiektywnie zła pogoda okazuje się lepsza od tej dobrej... Kiedy pada deszcz zwierzyna jest w ruchu. Jest wilgotno, wychodzą ślimaki i  można spot-kać pięknego odyńca zbierającego smakołyki przy lesie w pełnym jeszcze świetle dnia. A kiedy jest sucho dziki niechętnie buchtują na polach, szukają wilgotniejszych miejsc, ale do owsa przychodzą zawsze.
    Tak więc, dzięki Kaziowi, postanowiliśmy z Arturem usiąść na zielonej ambonie w rejonie nr 3. Zajrzeliśmy do książki wpisów obecności w łowisku przy naszej stanicy myśliwskiej i okazało się, że ”trójka” jest wolna! Teraz już, pomimo że słońce stało jeszcze wysoko na niebie, podążyliśmy w stronę ambony. Był to spory kawał drogi: przez las, łąki nad jeziorem i dopiero za jeziorem po prawej stronie był owies.
     Po przejściu lasu wyszliśmy na ląki. Błysnęło jezioro. W dalekiej perspektywie za jeziorem był znowu las, który przechodził w zarośla i krzewy i widać było szachownicę pól. Tam, na pograniczu lasu, łąk i pól stała ambona.
   Przeszliśmy już przez łąkę i zagłębiliśmy się w trzciny, tataraki i inne zarośla nad brzegiem jeziora. Na szczęście znaleźliśmy starą drogę wśród trzcin i posuwaliśmy się wolno w stronę ambony okrążając jezioro. Było gorąco i koszule zaczęły lepić się od potu. Między trzcinami było chłodniej i czuło się wilgotny zapach torfu, kłączy dzikich roślin i jeziora. Komary przypomniały sobie o nas i okazało się, że płyn przeciwko komarom one właśnie bardzo lubią.
     Przed nami zamajaczyła ruda plama. Kozioł! Lornetki powędrowały do oczu. Selekt! Piękny. Odległość - 50 metrów. Kozioł żeruje spokojnie co chwila unosząc głowę. Krzyż lunety wędruje powoli w kierunku szyi. Ale opuściłem broń. Wszystkie kozły zaplanowane do odstrzału w tym sezonie zostały już odstrzelone. - Bywaj zdrów, bracie! Rogaczowi coś się nie spodobało. Odwrócił  głowę   i   zobaczył   nas. Zastygł na  moment, a  potem z  głośnym   szczekaniem   przesadził  drogę   i  znikł w trzcinach. Było go jeszcze słychać z daleka. Szczekaj sobie na zdrowie!
    Pisał Julian Ejsmond ...pierwszy rogacz z podchodu... nie strzelony to pierwsze zwycięstwo myśliwego poety nad myśliwym selekcjonerem. Tu było niezupełnie tak, ale piękno spotkanego zwierza jak zawsze wywarło na nas niezatarte wrażenie, a satysfakcja z ułaskawienia zwierzyny w warunkach pewnego strzału zastąpiła trofeum.
     Poszliśmy dalej i wkrótce ambona zbliżyła się znacznie. Dotarliśmy na miejsce i okazało się, że rzeczywiście jest owies, częściowo już skoszony. Ambona stała na skraju zarośli i traw. Z tylu było jezioro, a przed amboną rozciągało się pole owsa, ścierniska, łąki i tak aż do wsi, której zabudowania widać było o dwa kilometry za górką. Usiedliśmy na ambonie. Daleko na horyzoncie widniał las należący już do sąsiedniego koła łowieckiego, a słońce nad lasem zstępowało coraz niżej. Dzień powoli dogasał. Na szczęście z pól szedł lekki wiaterek, który odpę-dzał komary.
     Po lewej stronie z ambony widać było niższy las, zarośla nad jeziorem, łąki i dalekie ściernisko.  A  przed nami, w owsie, dziki! Chodziły sobie dwa duże dziki zanurzając się co chwila w owsie jak w wodzie. Kazio wiedział...
     Jest jeszcze zupełnie jasno i czarne sylwetki widać gołym okiem w odległości 250-300 metrów. ”Pasiemy” te dziki z piętnaście minut ale dzień się kończy  i  nic nie wskazuje na to, żeby dziki zamierzały przesunąć się w stronę ambony. Decyduję się więc podchodzić. Wiatr jest dobry. Skradam się obrzeżem owsa, a Artur z ambony obserwuje całą zabawę. Owies graniczył z wysokimi ostami i udało mi się podejść niepostrzeżenie do dzików na około 30 metrów. Słychać już pracowite mlaskanie. Ostrożnie wysunąłem głowę z nad owsa. Dziki żerowały, delikatnie odrywając kłosy i zgryzały je pracowicie podnosząc w górę gwizdy. Były duże, po około 80 kilogramów i były to lochy. Wydłużone gwizdy, charakterystyczne sylwetki. Gdzieś w owsie mogły być warchlaki. Nie zdecydowałem się na strzał. Błysnęła myśl - spróbowałbyś źle trafić, to by ci pokazały, gdzie raki zimują... Ale takie obawy miałem ”z głowy” bo i tak nie zdecydowałem się strzelać.
     Po chwili lochy oddaliły się w drugi koniec łanu owsa, a ja wracałem do ambony. Zmierzchało. Pod amboną usłyszałem głośny kwik i tupot.
     - No tak - pomyślałem - no tak... Ja tu ganiam za lochami, a dziki pod amboną. Artur nie mógł mi tego darować.
     - Mielibyśmy je jak na patelni! I duże i małe  i  średnie...
     - No cóż - powiedziałem - takie to już jest to myśliwskie zajęcie.
     Przed zejściem z ambony popatrzyliśmy jeszcze dookoła. W gęstniejącym zmierzchu, daleko po lewej stronie, gdzie ściernisko stykało się z łąką i pod-chodziło pod las widniał czarny punkt.
     - Nie rusza się - powiedział Artur. - Może to krzak?
    Noc spędziliśmy w stanicy myśliwskiej i rano przed świtem znowu byliśmy na ambonie. Nie zdążyliśmy. Już podczas podchodzenia do ambony usłyszeliśmy znajome kwiki i tupot. Zeszły za wcześnie! Niemniej jednak wdrapaliśmy się na ambonę bo rano wszystko jeszcze może się wydarzyć. Na odległym ściernisku był czarny punkt, tak jak wczoraj. Nic innego nie było widać i Artur nalegał, żeby tam podejść, bo może to jednak dzik Pojaśniało już porządnie kiedy skradaliśmy się łąką wzdłuż lasu w kierunku ścier-niska. To był rzeczywiście dzik! Czyżby taki wytrwały? Buchtował spokojnie, zwrócony do nas tyłem. Podeszliśmy wzdłuż lasu jak daleko się dało  i ruszyliśmy przez łąkę w kierunku dzika. Cały czas pod wiatr, skuleni, przemykając od kępy do kępy. Łąka stanowiąca dno dawnego jeziora usytuowana była nieco poniżej ścierniska, a na jej brzegu rosły dwa krzaki w których upatrywałem naszą szansę. Podczołgaliśmy się jakoś do tych krzaków i wyj-rzeliśmy ostrożnie na ściernisko. Dzik buchtował jakieś 150 metrów od nas. Oparłem sztucer w roz-widleniu krzaka i naprowadziłem krzyż lunety na ko-morę. Dobry strzał! I co? I nic! Nie strzeliłem. Dzik stał na górce w kierunku wsi. Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale nie było szans podejść go inaczej. Zrobiło się jasno i dzik nagle przerwał żerowanie, zadarł chwost do góry i pogalopował w kierunku lasu. Tyle go widzieliśmy.
     Artur znowu nie mógł mi tego darować, chociaż wiedział, że nie mogłem strzelać.
     - To był mój dzik - mówił - to ja go wypatrzyłem!
     - Dobrze - powiedziałem. - Ale tak naprawdę to wiesz jak to wygląda. Jeszcze rok stażu kandydackiego, egzaminy i może być twój jak go znowu gdzieś spotkasz. A dzisiaj - jego szczęście. Wiedział jak się ustawić!
     Za tydzień znowu siedziałem na zielonej ambonie. Wieczorem nic nie widziałem, a rano jak się tylko trochę rozwidniło przeszukiwałem lornetką odległe ściernisko. I co powiecie? Był! Zszedłem z ambony i nie zwlekając rozpocząłem podchód. Kiedy już podczołgałem się do krzaka dzik przesunął się trochę w głąb ścierniska i był tym razem pod górką stanowiącą naturalny kulochwyt i  nie w stronę wsi.  Z krzaka było zbyt daleko na strzał i odważyłem się wyczołgać na ściernisko. Wiatr wiał od dzika i zdecydowałem się na strzał z kolana. Po strzale dzik rzucił się całym pędem w moją stronę. Szarżuje?! Poderwałem się czym prędzej na nogi i zarepetowałem sztucer. Po następnym strzale na dziku zakurzyło się ale dalej kłusował w moją stronę. Jeszcze 50 metrów, jeszcze 20... Strzał, dzik zrulował w ogniu i zsunął się ze ścierniska na łąkę. Jak się później okazało wszystkie trzy pociski były w obrębie komory.
    Nogi miałem jak z waty.
    - To był jednak naprawdę twój dzik, Artur – powiedziałem głośno. - Chciał mi to dokładnie i osobiście wytłumaczyć!
 
    
    




Opowiadanie wyróżnione III nagrodą w Konkursie literackim Łowca Polskiego w 2004 r.

„ŚNIEŻNY DZIK”

Zasypało, zawiało ... To na pozór zwyczajne zjawisko u nas, na Pomorzu, od wielu już lat stało się niezwykłe. Dywagacje uczonych o ociepleniu klimatu potwierdza nasza rzeczywistość: na ogół jest szaro i buro, leje, wieje, a resztki jesiennych liści trzepoczą rozpaczliwie w jesienno-zimowym wietrze. Aż  tu nagle ... Zmierzchało. Kiedy zbliżałem się już do pola idąc przez las rozjaśniło się znowu. Od pola biła jasność pokrywy śnieżnej, tak dawno tu nie oglądanej. Wychyliłem się ostrożnie z bukowego lasu. Na pozór wszystko jeszcze można było zaobserwować gołym okiem, ale ... Na lewo pod wsią w lornetce wyraźnie widać było rudelek sarn. Na prawo też biegła jedna ...
A bez lornetki widać było już tylko biel. Postanowiłem przeciąć pole i podejść  do linii niskich drzew wyznaczających na przeciw polną drogę. Tamtędy mógłbym przejść ostrożnie w stronę „Pochyłej Ambony”. Kiedy jednak znalazłem się już kilkadziesiąt metrów od lasu spojrzałem jeszcze przez lornetkę w prawo, gdzie pole ostrym łukiem wrzynało się w las. Poruszały się tam duże, ciemne sylwetki. Dziki? Jelenie? Najwyraźniej przyszedłem za późno. Zwierzyna wyruszyła już ze swoich dziennych legowisk Wycofałem się pod las i postanowiłem podkraść się do ambony „Na Zrębie”, z której miałem nadzieję zaobserwować bliżej te ruchy mieszkańców leśnych ostoi.
Szedłem ostrożnie wzdłuż lasu przystając co chwila. Buty grzęzły w sypkim śniegu i można było posuwać się wcale cicho. Ciemniało, a od pola wiał lekki wiaterek, w sam raz na taki podchód. Minąłem jedną ambonę i przed zakrętem znowu przystanąłem omiatając śnieżną biel szkłami lornetki. Na pagórku na przeciw mnie zauważyłem czarną plamę. Do licha, rusza się! Po chwili plama na śniegu widoczna była i bez lornetki i przybliżała się ciągle. W lornetce widać już było dość wyraźnie średniej wielkości dzika, który zbliżał się do lasu (i do mnie) spokojnym truchcikiem, prawie po moich poprzednich śladach. Dziękowałem św. Hubertowi, że mnie z tego pola zawrócił, ale ... O tym za chwilę. Stałem na tle lasu, a dzik zbliżał się ciągle. Wiatr wiał od niego, zrobiło się ciemno. Podszedł wreszcie na 15 kroków i stanął. Niby wszystko było w porządku, ale kręcił łbem wietrząc zapamiętale. Był to ładny wycinek. Odstąpił widać od zamiaru stratowania mnie (aczkolwiek nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności), bo ruszył w prawo obchodząc mnie dookoła. Wykorzystując jego ruch podniosłem sztucer. Luneta była pełna dzika i za chwilę ukazał się słuch i to miejsce, w które ... Poprowadziłem go błądząc krzyżem w okolicy komory. Przed lasem zatrzymał się znowu. Wietrzył ...
Nie domyślał się zapewne nasz Patron, jakie to polecenia wydał właśnie nasz Zarząd. Mianowicie niedawno, na jednym z nielicznych tu polowań zbiorowych padło kilka loch i odstrzał dzików powyżej 40 kg wstrzymano do odwołania. O tym św. Hubert zdawał się nie wiedzieć przyprowadzając mi na strzał tego pięknego wycinka. Ale chwała Mu za to! Opuściłem sztucer. Dzik zwlekał z wejściem w las, jak gdyby pojął, że jest bezpieczny i chciał jeszcze ze mną pogawędzić ... Nacieszyłem się jego widokiem i kiedy już zniknął w lesie powoli poszedłem dalej, by w końcu ulokować się na ambonie przy zrębie.
Ponieważ było już trochę księżyca za chwilę zrobiło się jaśniej. Pola leżały uśpione w białej szacie i pomimo wrażenia dość dobrej widoczności tylko lornetka umożliwiała podglądanie nocnego życia mieszkańców lasów i pól. Dzików nie było. Brał mróz i nie sądziłem, że uda się na ambonie dłużej wysiedzieć. Ale rzucający nikłe światło sierp księżyca wywoływał cienie i przeróżne kształty krzaków i zarośli, w których coraz to domyślałem się zwierza. Wyobraźnia i nadzieja, nieodłączne towarzyszki myśliwego sprawiały, że chociaż właściwie nic się nie działo byłem ciągle bardzo zajęty i nie odczuwałem zimna.
Jeden z niskich cieni daleko pod wzgórzem jakby ożył. Tak,  porusza się! Ale przedtem zupełnie podobnie „poruszały” się i inne ... Ten jednak przesunął się wyraźnie w dół i wkrótce w szkłach lornetki pojawił się lisiura. Tak, wspaniałe futro i kita ... Hop! –podskoczył zabawnie unosząc kitę i jeszcze raz i jeszcze ...
Teraz sznurował w poprzek pola na daleki, ale możliwy strzał. Nie wypadałoby zawieść Patrona, który najwyraźniej miał mnie tego dnia pod swoją opieką.. Przesunąłem więc na „dziewiątkę” i sylwetka lisa w lunecie stała się wyraźniejsza. Powoli oparłem sztucer na występie ambony nie zapominając podłożyć dłoni. Przyspiesznik i ... albo dłoni. Przyspiesznik i ... albo szyjka, albo pudło!
Wracałem brzegiem lasu potykając się w śnieżnych wykrotach. Lisisko było ciężkie, ale jakoś dobrze się szło.
Kiedy miałem już skręcić w leśną drogę mała wataha dzików pojawiła się pod lasem. Buchtowały zawzięcie. -Czy jest tam któryś poniżej czterdziestu kilo? -zawołałem. Zamiast uciekać patrzyły zaskoczone. Powiał znowu wiatr a w jego szumie usłyszałem coś jakby szept naszego Patrona -... wiesz, czasem to zupełnie ciebie nie rozumiem ...

Jerzy Turzański


Opowiadanie wyróżnione w Konkursie literackim
Łowca Polskiego w 2004 r.

„ZMOWA”

No i znowu tak wyszło, że do łowiska trafiłem dopiero w połowie sierpnia. Długie miesiące niekończących się wacht morskich. Fale, czasem jakiś wieloryb. Też zwierzyna ... Przeżyte przygody łowieckie jawią się ostro w wygłodniałej wyobraźni ... Całymi dniami myślisz, jakby to było ... I nagle znowu w lesie ... Trochę jeszcze nieprzytomny, zdaje się obudzony z głębokiego snu stwierdzasz, że to naprawdę ... TO! Przyjechałem więc, a kochani koledzy od razu wskazali mi piękne stanowisko. Zapisałem się na rejon nr 22 i usiadłem na wskazanej ambonie. Trochę się tu zmieniło od kiedy byłem tu ostatni raz: przybyło ambon no i miałem zezwolenie na odstrzał odyńca. Ostatnio „polowałem” tu tylko z kamerą, limit odstrzału poczciwych „czarnuchów” był już wyczerpany. A pięknie defilowały ... Tak więc usiadłem, jako się rzekło i zacząłem chłonąć krajobraz i wszystko co się ... wchłonąć dało. A więc - leniwe ciepło sierpniowego wieczoru ... już prawie jesienne zapachy ... widok dalekiego kozła wśród traw, którego pomimo doskonałej „rekomendacji” zdecydowałem się nie podchodzić. Siedziałem przy krzakach przy świeżo zabronowanej oraninie. Za plecami miałem chaszcze tzw. „tajgi”, a po prawej stronie spory pas wysokich traw sięgający aż do trzcin i krzaków „tajgi”,. Kozioł pasł się w samym środku tej dzikiej, zarosłej wysoką trawą łąki. Obserwowałem go z daleka wiedząc, że jest mocny, ale „coś” kazało mi na ambonie pozostać. Od dłuższego już czasu słyszałem za sobą jakieś ruchy, jakby delikatne trzaski ...
Ciepło sierpniowego wieczoru przyjemnie rozleniwiało, powoli zaczął ukazywać się księżyc ... Najpierw poświata nad lasem wskazywała na jego bliskie pojawienie się aż wreszcie tajemnicza „lampa Akermanu” zawisła nad sosnami. Odtąd zrobiło się jaśniej ale i jakby bardziej tajemniczo. Jak dotychczas zaobserwowałem jednego zająca, co bardzo mnie ucieszyło, ponieważ chyba teraz łatwiej zobaczyć dzika niż tego sympatycznego „kota”. A potem po prostu sobie ... drzemałem. Kiedy się znowu ocknąłem, księżyc „podjechał” już wyżej i na oraninie było jaśniej. Jakieś zwierzę poruszało się przede mną tam i z powrotem, nawet słychać było jego drobne kroczki. Było wielkości dobrego warchlaka, ale kiedy zwróciło głowę w kierunku księżyca dostrzegłem biel. Borsuk. Nie mając nic innego do roboty obserwowałem go w lornetce dłuższą chwilę, kiedy usłyszałem kroki jakiegoś zwierza z lewej strony. Na pewno drugi borsuk - pomyślałem nie odejmując lornetki od oczu. Zaraz ukaże mi się w polu widzenia ... No i ukazał się. Tylko że nie borsuk, a dzik! Podniosłem więc cichutko sztucer i zacząłem przesuwać krzyż lunety po kosmatym cielsku. Ale zaraz. Dzik idzie w stronę borsuka który ... A może to jednak warchlak? Przez chwilę oba zwierzęta zgodnie spacerują po oraninie. Odstawiam sztucer z powrotem w kąt ambony. Może to jednak locha? Domniemany warchlak ginie jednak z pola widzenia, a mój dzik, buchtując spokojnie przesuwa się dalej i dalej. Trzeba strzelać. Teraz już o wiele dalej, ale cóż to dla nas? Trzymam drania w lunecie – odwraca się bokiem - teraz! Krzyż lunety siedzi pewnie na komorze, nawet sławetny punkt świetlny niepotrzebny. Powoli ściągam spust nie używając, jak zwykle, przyspiesznika. Strzał, uderzenie kuli i ... NIE leży! Nie padł w ogniu! No, może taki „kawałek” czarnej świnki ma prawo trochę jeszcze pobiec ... No i właśnie biegnie.. Sadzi z łoskotem przez trawy w kierunku zbawczej tajgi. Ale ... chyba ucichło. Leży, czy zdążył do trzcin? Czekam około 20 minut i idę na miejsce strzału. Nie ma farby. Nigdzie nie ma farby! Chodzę tam i z powrotem brzegiem traw, coraz to głębiej tędy przecież przebiegał? Nic, ciągle nic ... I jak tu teraz odnaleźć drania ... Pewnie trzeba będzie „uderzyć” do Kazia, wziąć psy i zacznie się nocna mordęga.
Zaraz - pójdę raz jeszcze na ambonę, spróbuję dokładnie oznaczyć drogę domniemanej ucieczki draba i zobaczymy. Zszedłszy z ambony idę w miejsce wśród traw, którędy, jak mi się wydawało, uciekał dzik. To jakieś 70 kroków. Świecę latarką dookoła. Jest farba! Dużo farby! Ach ty, tropicielu jeden. Akcje oceny własnej osoby rosną
jednak niepomiernie. Ale - uwaga! To jeszcze nie koniec ... Sztucer w garść, w drugą latarkę i idziemy ... Ostrożnie ... Ranny lew według Hemingway`a zawsze atakuje pierwszy ... A odyniec? Ano, zobaczymy ... . Kluczę wśród traw, raz wysokie, raz niskie ... Musi leżeć! I leży, rzeczywiście. Kawał dzika! Dolna komora, oczywiście. Chyba jednak ciut zerwałem bez tego przyspiesznika ... Ale taki to i z rozbitym sercem pójdzie ... Z gwizdu wystają szable. No, niczego sobie ... 21,5 cm jak się później okazało. A ja miałem czelność podejrzewać go o bycie lochą ... A fe ... Kiedy to ja ostatnio dzika widziałem? A swoją drogą, porządnie mógłby mi „portki skroić” w tej trawie. No, ale jak dotąd wszystko odbyło się prawie „lege artis”, czyli zgodnie ze sztuką (łowiecką). Później to wiadomo - ciężka praca - patroszenie, transport
... Cały czas jednak „na skrzydłach” sukcesu. W skupie okazało się, że ważył 97 kg, no i te szable, kiedy już odbierałem gratulacje, podszedł leśniczy.     Chaliera, panie, to chyba ten! - krzyknął przyjrzawszy się dokładnie dzikowi. - To ja, chaliera panie trzy tygodnie tu się na niego zasadzam, a tu, chaliera, taki raz przyjedzie i już! Raz i po krzyku! Ze też ten jeden raz nie miałem czasu wyjść ... Ale gratuluję, cieszę się bardzo ... Przecież takiemu to i chaliera, prosto należy się! Cięgiem ino na tej tam wodzie! Uśmiechy kolegów potwierdziły moje przypuszczenia. Padłem ofiarą zmowy, ale jakże sympatycznej!

Jerzy Turzański


„ZAJĄCE”

… Jak ten czas leci. Wszystko dookoła się zmienia raz na lepsze, raz na gorsze. Jest zawsze inaczej niż było kiedyś. Ale nie miejsce tu na narzekanie, łzawe sentymenty. Bo czy kiedyś było w naszych łowiskach tyle dzików, a jeleni? W jednym z naszych obwodów łowieckich od trzydziestu lat nikt jelenia nie widział, a teraz nawet prowadzimy odstrzał byków i dwa-trzy co roku zawsze padną sam widziałem niedawno chmarę, w której było ich sześć sztuk, nie licząc łań.
Kiedy na wiosnę siedzimy sobie na ambonie czekając na koziołka, którego znudziło się już podchodzić, obserwujemy wiele innych zwierząt. Na łąkę wyjdzie czasem lisek poskakać za myszami, wyleniały, nieporządny (co tylko wtedy mu się zdarza), na dobre gubiący zimowe futro. Niedawno widziałem kunę leśną-tumaka w pełnym biegu przez łąkę. Musiała mieć coś bardzo ważnego do załatwienia, żeby aż tak się „odkryć”. A później znów coś brązowego mignie – bierzemy lornetkę - zając! Jak zwykle na wiosnę przejawiają największą aktywność. Kicają powoli, poważne i zamyślone. Wprost trudno jest wyrazić, jak bardzo wydają się to być myślące stworzenia. W okresie godowym, czyli parkotów, które przypadają kilka razy do roku - i właśnie na wiosnę biegają, goniąc się nieprzytomnie. samce stają słupka na tylnych skokach, a przednimi okładają się zawzięcie po pyskach jak zawodowi bokserzy. Później, im bliżej lata, tym mniej widzi się naszych sympatycznych „kotów”, aż wreszcie jesienią – prawie wcale.
Obawiam się, że tu właśnie jednak mogłoby znaleźć się miejsce na pewien żali tęsknotę za dawnymi czasami. Sięgając myślą w przeszłość stwierdzamy, że „kiedyś to było ... „ rzeczywiście dużo zajęcy. To prawda. Tym razem środowisko zmieniło się na niekorzyść. W całej Europie zając powoli ginie. Nie jest w stanie przystosować się do zmiany warunków życia, nowych upraw, nawozów, przemysłu. Nie ma już takich zajęczych polowań, jak kiedyś. Jeszcze na południu kraju, w radomskim, kieleckim zdarzają się dobre rozkłady. Ale i tam myśliwi obserwują spadek liczebności naszego sympatycznego szaraka.
I tu trzeba stwierdzić bardzo wyraźnie, że to nie polowania przyczyniły się do upadku populacji. Polując na zające dzieliliśmy zawsze obwód łowiecki na dwie części -A i B. Jednego roku opolowywaliśmy część A, następnego część B. Tak więc przez rok każda z tych części „leżała odłogiem”. Pomimo to, stan zajęcy był dobry tylko na określonych terenach; gdzie indziej, mimo „oszczędzania” zajęcy systematycznie ubywało.
Miałem jeszcze szczęście uczestniczyć w prawdziwych zajęczych polowaniach na Pomorzu najpierw jako naganiacz, a później już jako myśliwy. Wydaje się to wszystko tak niedawno; na naszych oczach gatunek stanowiący najpospolitszą zwierzynę łowną drastycznie zmniejszył swą liczebność. W latach sześćdziesiątych i u nas na Pomorzu bywały dobre rozkłady -ładnych kilkadziesiąt zajęcy na kilkanaście strzelb nie było niczym nadzwyczajnym. Na polowania jeździło się przeważnie wynajętą ciężarówką siedząc na deskach ułożonych w poprzek skrzyni ładunkowej przykrytej plandeką. Nieliczni mieli już swoje pojazdy; ale jazda ciężarówką w doborowej kompanii miała swoje zalety. Na miejsce, do wsi, przyjeżdżało się wczesnym rankiem, przeważnie było jeszcze ciemno. Jeżeli poprzedniego dnia nie przygotowano naganki, zaczynało się werbowanie chętnych. Grały trąbki myśliwskie, senna wieś ożywiała się. Zwykle bez problemu  zbierała się spora grupa chłopaków (a zdarzało się, że i dziewcząt), by za symboliczna opłatą -no, może więcej niż symboliczną -prawie na „pół litra” spędzić cały dzień w polu. Myśliwi pilnie baczyli, żeby nie spotkać gdzieś baby z pustymi wiadrami, bo to gwarantowało „pecha” na cały dzien. Co roztropniejsze niewiasty wiedząc o tym, starały się nieść obok myśliwych wiadra zawsze pełne; niektóre podobno znały nawet obyczaj oglądania i dotykania przed polowaniem kolanka!
Któregoś razu nasz wspaniały środek transportu zawiódł na całej linii. Staliśmy wściekli na miejscu zbiórki przy Bramie Portowej nie wiedząc, co robić. Rada w radę postanowiliśmy odwołać się do innych środków transportu i dojechać do łowiska czym kto mógł. Mnie przypadło w udziale wykorzystać mój motocykl marki WFM, jeden z ówczesnych (niezbyt głośnych) krzyków techniki. Należałoby dodać, że był to grudzień, temperatura osiem stopni poniżej zera, a w nocy spadł właśnie nie duży śnieg. Ale czy widzieliście kiedyś jakieś okoliczności mogące zniechęcić myśliwego do raz zaplanowanego wyjazdu? Pogoda jest tylko dobra lub bardzo dobra, a wszelkie dostępne środki transportu -wspaniałe. Towarzyszyć mi miał Marian, najlepszy „snajper” w Kole, nieżyjący już niestety przemiły kolega. Ubraliśmy się, jak mogliśmy najcieplej, a w rękawy i nogawki powpychaliśmy jeszcze gazety dla lepszej ochrony przed mrozem i w drogę! Polowaliśmy na Goleniowie. Na poniemieckiej autostradzie jadąc pokrytym lekko świeżym śniegiem poboczem WFM-ka rwała w mroźnym powietrzu jak nigdy dotąd. „osiemdziesiątka” nie schodziła z szybkościomierza. Uważałem tylko, żeby nie ruszyć kierownicą, a droga była prosta jak strzelił. Palce grabiały, ale poza tym jechało się zupełnie dobrze. Marian, jak się później okazało, miał inne zdanie na ten temat ...
Zdążyliśmy na czas. Gruda była zmarznięta, a śnieg pokrywał pola tak, że widać było skiby oraniny. W krzaczkach i remizach było go nieco więcej. Pogoda na zające idealna, bo słysząc kroki naganki stukającej po zamarzniętej grudzie zające zrywały się daleko i były w ruchu. Biegły też bardzo szybko i trzeba było „zakładać” daleko przed zająca, żeby śruty zdążyły go dopaść. Ja jakoś lubiłem strzały na sztych i kulawy sztych, gdzie trzeba było strzelać szybko i wykombinować, w które miejsce przed zającem celować nie przytrzymując, rzecz jasna broni. A dookoła grzmiały strzały. W niektórych miotach przed naganką kręciło się i kilkanaście zajęcy. Stawały słupka, kombinowały. Ale jak któryś obrał swoją wagę, rwał prosto na linię myśliwych. Polowaliśmy systemem pędzeń. Zające zawsze miały szansę „prysnąć” na boki lub do tylu przez nagankę. Często zresztą korzystały z takiej możliwości. Trafiały się długie mioty w których pędzącego zająca było już widać z odległości kilometra. Mała plamka wśród śniegu i bruzd przybliżała się coraz bardziej. Leci, leci! Wszyscy zastygali na stanowiskach. Nie poruszyć się do ostatniej chwili, to było najistotniejsze.
Stanowisko moje sąsiadowało ze stanowiskiem, które zajmował po mojej lewej stronie starszy już myśliwy, bardzo miły człowiek, ale trochę gwałtownego charakteru i lubiący dochodzić swoich racji. Zając szedł dokładnie między nas, na kulawy sztych, po mojej lewej ręce. Miałem więc pierwszeństwo strzału. Kiedy zbliżył się na około 30 kroków strzeliłem i zając wywinął kozła. Spostrzegłem, że kolega również opuszcza broń. Domyśliłem się, że czekał na moje pudła, żeby zająca strzelić. Po skończonym miocie zabrałem zająca i poszedłem na miejsce zbiórki. Okazało się, że wzywa mnie kierownik polowania. Przy kierowniku -koledze prowadzącym tego dnia polowanie stał mój sąsiad z lewej i dość obcesowo zgłaszał kierownikowi, że mu zabrałem zająca. Nic nie rozumiejąc zaproponowałem natychmiast zwrot połowy wartości zająca, co całkowicie usatysfakcjonowało poszkodowanego”. Słyszałem później, jak opowiadał:
- Zabrał mi, panie, zająca, a ja, panie, nawet sprawy z tego nie zrobiłem! Ot, zgodziliśmy się na pół i kwita! Taki jestem! Dopiero później dowiedziałem się, że on również strzelał, w tym samym momencie co ja i dlatego nie słyszałem jego strzału. Sądził, że zając z prawej jemu się należy ... Ale, po wyjaśnieniu wszystkiego, znowu uśmiech zagościł na jego miłej twarzy.
Zajęcy było sporo i strzeliłem już kilka. W kolejnym miocie miałem przyjemność być sąsiadem samego seniora Koła, który jeszcze wtedy seniorem nie był, a właśnie niedawno przeniósł się niestety również do „krainy wiecznych łowów”. Ja jednak bez wątpienia byłem juniorem. Zając szedł jak burza pomiędzy nas. Kolega oddal dwa strzały jeden przed, a drugi za linią, a zając tylko stulił słuchy i rwał jeszcze szybciej. Udało mi się go dosięgnąć daleko poza linią, zakładając przed łeb ze dwa metry. Po strzale fiknął kozła i znieruchomiał. Po skończonym miocie senior zająca zabrał.
-Widzisz, jednakowoż po moim strzale słuchy stulił ... -tłumaczył. I cóż pozostało juniorowi? Też stulić uszy i pójść swoją drogą ...
Strzeliłem wtedy tych zajęcy chyba z dziewięć. Nie było więc na co narzekać. Dzień miał się ku końcowi i trzeba było pomyśleć o powrocie. Tymczasem ślizgawica zrobiła się okrutna ... Marian oświadczył, że ze mną nie jedzie o ile w ogóle zamierzam utrzymać się na motocyklu ... Trudno. Powoli, szorując po jezdni rozstawionymi nogami z zającem przewieszonym przez plecy dotarłem jakoś do domu. Domownicy odetchnęli. Takie to były czasy.

Jerzy Turzański




„MIMO WOLI”

Czekaliśmy na to zbiorowe jak na zbawienie. Niby nic szczególnego:  od dawna już filozofia, że tak powiem, wykonywania polowania preferowała polowania indywidualne. Ale tu okazało się, że jednak i w tę stronę coś nas ciągnie: do towarzystwa dawno nie widzianych kolegów, samotnego wyczekiwania na stanowisku, tej szczególnej towarzyszącej zbiorówkom atmosfery.
Cieszyłem się z góry na piękne późno jesienne widoki. Zachowało się jeszcze trochę liści na bukach, a zwłaszcza na dębach i one to umiejętnie przez Naturę wplecione między rozłożyste świerki, prezentowały swoisty koloryt późno jesiennego krajobrazu. W górze szumiały korony pięknych gonnych sosen, z których powstałby niejeden maszt do żaglowego okrętu, gdyby takowe jeszcze budowano. Byliśmy pośrodku Puszczy Wkrzańskiej i czuło się tu bezmiar puszczańskich ostępów.
Polowanie, jak wszystkie w naszym kole prowadzone było sprawnie i profesjonalnie. Na zbiórce kilka słów o zachowaniu bezpieczeństwa na polowaniu, numerki i w knieję, wynajętym traktorem z przyczepą. Później rozprowadzanie na stanowiska od numeru 10 na lewo, duże na prawo. Żadnych pomyłek i dyskusji.
Polowaliśmy na dziki i jelenie. Lis, jeżeli by się gdzieś trafił również był do odstrzału. Bractwo jednak, w większości wyposażone w sztucery niechętnie psuło skórę rudzielca pozwalając mu często iść bez strzału. Ekscytowały nas jelenie; byki dostępne były jeszcze we wszystkich trzech klasach wieku. Ilość przeznaczona do odstrzału była naturalnie ograniczona, ale zwłaszcza łanie czekały na nieuchronny wyrok nałożony na nie przez nadleśnictwo. Tak więc spodziewaliśmy się „podgonić” wykonanie planu odstrzału jeleni, co warunkowało dobre układy ze wspomnianymi powyżej gospodarzami lasu. Na polowaniu zbiorowym było to jednak dość trudne zadanie: strzał do zwierzyny płowej dozwolony był tylko poza miot, a przecież trzeba jeszcze zwierzynę rozpoznać. Oczywiście zdecydowana większość kolegów posiadała uprawnienia selekcjonerskie.
Miałem cichą nadzieję, że jelenie jednak na mnie nie wyjdą. Owszem nie miałbym nic przeciwko bykowi, ale łanie ... Jakoś od pewnego czasu nie lubiłem strzelać do łań. Być może przyszło to z wiekiem ... Nie, nie miałem nic przeciwko polowaniu na jelenie; znałem przecież zasady prawidłowego myślistwa i zdawałem sobie sprawę z wymogów wykonania planu odstrzału zwierzyny płowej. Miało to, przynajmniej według nadleśnictwa uchronić nasze lasy przed nadmiernym zjadaniem ich przez te piękne zwierzęta ... sprawa oczywiście do dyskusji jak wszystkie naukowe teorie. Ale tu nie byłem w swoich przekonaniach odosobniony: pamiętam, jak znany pisarz i myśliwy Janusz Meissner jeździł na rykowisko już tylko z „pastorałem” zamiast sztucera, ale naturalnie nie miał nic przeciwko strzelaniu jeleni przez kolegów. Na naszym polowaniu mieliśmy spotkać także dziki, co zawsze jednak wywołuje dreszcz emocji. Jakoś te „czarnuchy” bezapelacyjnie nadają się do roli obiektu polowania. Są czarne, nastroszone i bywa -niebezpieczne! Tak więc, o ile polowanie na jelenie, zwłaszcza na rykowisku jest „wyższą szkołą jazdy”, to spotkania z dzikami każdy myśliwy również sobie ceni. Prowadzący polowanie kolega wraz z pomocnikiem –do rozprowadzania -zapewniali, że tym razem dziki i jelenie będą. Nie zawsze jednak udawało się spotkać zwierzynę. Polowaliśmy bowiem w przepastnych lasach puszczy, jak wspomniałem, Wkrzańskiej gdzie dobrze trzeba się natrudzić, a i znać łowisko, żeby określić prawdopodobne w danym dniu miejsce zalegania zwierzyny. Gdyby jeszcze był śnieg! Ale ten pada tu dość rzadko i bardziej trzeba się zdać na wyczucie i obserwacje z minionego tygodnia.
Przypadło mi stanowisko jak zwykle o tej porze roku w znanej okolicy, gdzie uroczyska i chaszcze niezmierne, a skąd udało mi się już kiedyś dzika „wyprowadzić”. Stałem pod pięknym dębem, którego gałęzie sięgały, aż za linię tworząc jasno złoty pióropusz liści. Za plecami miałem istne uroczysko; potężne, rozłożyste sięgające do ziemi świerki przeplatane wysokimi trawami. Czasem trafiła się jakaś brzózka. Wiedziałem, że zwykła tam zalegać zwierzyna; widziałem tam kiedyś i dziki i pięknego byka obustronnie koronnego –poza zasięgiem.  Ale kierownik polowania z jakichś względów wybrał miot, który miałem przed sobą -dość gęstą sosnową drągowinę. Okazało się, że miał rację! Niedługo miałem się cieszyć widokiem złotych liści dębu na tle świerków poza miotem. Trzeba było zacząć „pilnować interesu”! Huknęły strzały i w sporej ode mnie odległości przez linię przemknęło kilka ciemnych kształtów. Dziki! Najwyraźniej wataha próbowała się przebić przez linię myśliwych, gdzieś ze trzy stanowiska ode mnie. Ale uwaga! Strzał na flance! Oznaczało to, że wataha rozbiła się i tutaj, w sporym od niej oddaleniu mogę się spodziewać jakiegoś indywidualisty, który na własną ... rapetę będzie próbował wymknąć się z opresji. Stałem więc nieruchomo, ściskając sztucer ... Kiedy, jak to zwykle bywa straciłem już nadzieję trzasnęła gałązka.  
O, bratku! Jednak idziesz! Wpatrywałem się w gęstą drągowinę przed sobą i nagle -jest! Przystanął ostrożnie i wietrzy. Widzę go wyraźnie w lunecie, ale co widzę?
Wąski skrawek czarnego cielska. Żeby chociaż słuch ... A tak cóż ja tu panu mogę zrobić? Dzik ruszył. Drobnymi kroczkami przesuwał się bezszelestnie w stronę linii i zniknął za dębem. Teraz obróciłem się w lewo i przygotowałem do uchwycenia w lunetę zwierza, kiedy pojawi się na linii. Była ona dość wąska. Sąsiad stał w odległości 50 m i nie mogłem absolutnie ryzykować złożenia się przed strzałem zważywszy ponadto, że nie wiedziałem; w którym miejscu pojawi się mój „obiekt”. On tymczasem stał, prawdopodobnie za dębem, wystawiając mnie na ciężką próbę. I nagle przesadził linię jednym skokiem. Złapałem go w krzyż, kiedy dopadał zbawczych świerków po drugiej stronie drogi. Był bliżej niż myślałem! Nie był to pewny strzał, a raczej bardzo niepewny! Krzyż wędrował gdzieś po chybie ... Pewnie tylko obcierka. Nie znaleźliśmy draba. Kląłem swoje „strzelnicze” pomysły. Kto widział strzelać przez lunetę na dziesięć kroków w biegu! No, ale gdyby tak był dalej? A gdyby stanął? A w miocie, gdyby się  odsłonił ... Gdyby, gdyby. A jelenie? No właśnie. Tu potrzebny jest strzał precyzyjny, nie z jakiejś dubeltówki, z której prędzej bym tego dzika położył ... Nie chciałem jeleni, św. Hubert przyprowadził mi dzika ... Nie wykorzystałem tej łaski. Bardzo nieładnie. Ale ... „psy szczekają, karawana jedzie dalej” ... Polowanie trwało i nawet rąbek słońca wyłonił się spoza chmur ożywiając późnojesienną scenerię. Padły już cztery dziki. Koledzy nie próżnowali.
Ostatni miot ciekawy był o tyle, że obejmował również dwie duże śródleśne łąki. Myśliwi zostali rozstawieni częściowo ... na ambonach,  których kilka stało na obrzeżach łąk. Ze swojej ambony widziałem przynajmniej półtora kilometra łąki okolonej sosnowym lasem. Szaro i dość ponuro było tu o tej porze, a przecież w czerwcu ta sama łąka pachnie i rozkwita, jakby uśmiechała się w porannych promieniach słońca. Patrzyłem na znane zakątki, gdzie na wiosnę pasły się piękne rogacze. Pamięć podsuwała obrazy ryczących jeleni i tego dzika, który ostatnio zapędził się zbyt blisko ambony ... Ale uwaga! Po drugiej stronie łąki widać szare kształty -jelenie! Chmara przesuwa się wzdłuż lasu i nagle pojedynczy byk odbija w stronę sąsiedniej ambony.  
Pisał Julian Ejsmond: ... strzał pada szybki ... na ziemie wali się królewski zwierz ... radość, osobliwie przemieszana z żalem po tej dla przyrody stracie wypełnia serce triumfującego myśliwca ... .
I ja cieszę się z sukcesu kolegi snując równocześnie refleksje o twardych prawach Natury. Ale polowanie jeszcze trwa. Rozładowałem już sztucer gotów pójść koledze z pomocą, ale trąbki na koniec miotu jeszcze nie słychać i nie można opuścić stanowiska. Nagle zza rogu lasu wychodzi inna chmara jeleni -kilkanaście sztuk. Chyba nie idą do mnie? Właśnie, że do mnie! Są coraz bliżej. No cóż, trzeba ponownie załadować sztucer. Jestem przecież na polowaniu! Może nie podejdą? Ależ podchodzą! Nie ma byka, dlaczego nie ma byka?! Chmara podchodzi pod ambonę  i zatrzymuje się w odległości 40 metrów.  Święty Hubercie, o święty Hubercie! Jestem przecież na polowaniu na jelenie! A plan pozyskania zwierzyny płowej? Kolega z sąsiedniej ambony przygląda mi się cóż to ja wyrabiam? Więc dobrze - postanawiam.  Ale po myśliwsku -dokładnie. Pierwsza jest licówka, potem cielak ... Ta chyba będzie w sam raz ...
Stoimy na zbiórce, przed pokotem, by oddać ostatni hołd strzelonej zwierzynie. Kierownik polowania deklamuje: królem dzisiejszego polowania został kolega ... ., który strzelił jelenia byka, a wicekrólem kolega ... . słyszę szept św. Huberta: ... Jam to, nie chwaląc się, sprawił!..

Jerzy Turzański


„DIABEŁ”

W naszym obwodzie łowieckim, który kiedyś pokrótce opisałem z okazji pojawienia się tam po 35 latach orła bielika jest pewne miejsce nazywane „spalonym majątkiem”. Zachowały się jeszcze fragment sadu i podmurówek domu lub domów, bo trudno z całą pewnością stwierdzić, czy było tam więcej budynków mieszkalnych. Miejsce to położone jest w rejonie nr ..., ale i tak używa się zawsze określenia: „koło spalonego majątku”. Być może istotnie pożar strawił kiedyś istniejące tu zabudowania, ale nie udało mi się natrafić na żadne wiadomości na ten temat. Przez sad prowadzi polna droga wychodząca na położone nieco niżej łąki. Dalej, wzdłuż lasu można dojść do pól i łąk, które rozciągają się aż do jeziora Sitno. Idąc brzegiem lasu po lewej
stronie mijamy pagórki tzw. Eisbergu z licznymi „dołkami” zarośniętymi krzakami i trzciną, stanowiącymi wspaniałą ostoję zwierzyny. Nie wiem, kto tak nazwał te wzgórza; być może w jakiś sposób skojarzyły się one komuś z wierzchołkami gór lodowych. Po prawej stronie, zaraz za „spalonym majątkiem” droga mija część lasu, którą stanowią rosnące w równych rzędach topole. Stoi tam ambona mająca wielkie powodzenie wśród myśliwych nazywana „przy topolowej drodze”.
Przechodziłem szereg razy ciemną nocą obok zamarłych fragmentów dawnego folwarku. Kiedy świecił księżyc szło się łatwiej, bo widać było wyraźnie drogę i kontury zarośniętych krzakami ruin. Wyglądało to jednak w blasku księżyca trochę niesamowicie: drzewa i krzewy słały po ziemi fantastyczne cienie, a myśl uparcie powracała do zamieszkujących tu kiedyś ludzi, których troski i radości choć dawniejsze, podobne były do naszych, których nie ma już między nami, chyba że ... Nic dziwnego, że groźny pomruk lochy drżącej o swoje warchlaki sprawiał w tej scenerii silniejsze niż zwykle wrażenie. Przeważnie jednak o niczym takim nie myślałem. Był czerwiec. Księżyc świecił jasno, łąki pachniały, a spoza dzikiego bzu otaczającego resztki zabudowań spalonego folwarku dochodziło granie świerszczy. Szedłem powoli, a moim celem była ambona przy topolowej drodze. Na poprzedzającym majątek polu, przy lesie nie dostrzegłem nic; a był to teren obfitujący w spotkania ze zwierzyną. Kiedyś, o pierwszej w nocy, przechodząc tędy zobaczyłem w szkłach lornetki dużą czarną plamę pod lasem. Był to z pewnością bardzo duży dzik. Niestety, (z punktu widzenia myśliwego, a nie dzika) łowczy naszego koła nie zezwolił wtedy na odstrzał dużych dzików, a zwłaszcza loch. Było to z wszech miar słuszne dla hodowli zwierzyny, ale myśliwskie serce nie mogło stłumić uczucia żalu dla straconej okazji zmierzenia się na przykład z medalowym odyńcem. „Mój” dzik okazał się być olbrzymią lochą, więc nie było czego żałować. Usiadłem sobie na ziemi, a dzik powoli przesuwał się w moim kierunku. W końcu podszedł na 15 metrów i wyraźnie widziałem w świecie księżyca kosmate słuchy, chyb i błyszczące świece. Kiedy „złapał mój wiatr” fuknął i popędził przed siebie jak galopujący bizon. Przez chwilę nie wiedziałem: był tu naprawdę, czy był to tylko duch?
Wolno doszedłem do topolowej drogi i wdrapałem się na ambonę. Było cicho jak makiem siał i księżyc świecił jasno. Czasem tylko w lesie dało się słyszeć pohukiwanie i zawodzenie sów. Krótka, ciepła czerwcowa noc jakoś kojąco spływała na moją kryjówkę wprawiając mnie w szczególny stan przyjemnego rozleniwienia.
Nagle nieludzki wrzask rozdarł powietrze. Skoczyłem na równe nogi, a włosy zjeżyły mi się pod czapką. Właśnie, nieludzki, choć przysiągłbym, że wydał go człowiek Ale czy na pewno z tego świata? Przecież duchów nie ma ... A leżący nieopodal spalony majątek? W jednej chwili tysiące nieprawdopodobnych myśli przemknęło mi przez głowę. Chyba tylko jakiś diabeł mógłby odezwać się w ten sposób ... Już za chwilę śmiałem się z samego siebie, ale wrażenie pozostało. Z góry biała czaszka księżyca uśmiechała się szyderczo pustymi oczodołami wysuszonych księżycowych mórz, a cisza, w której coś się czaiło dzwoniła w uszach.
Nie pamiętam już, jaki był rezultat tego polowania, które pozostało w mojej pamięci razem z nieludzkim wrzaskiem, jakby skargą obdzieranej ze skóry żywej istoty.
W jakiś czas później trafiłem na rozwiązanie zagadki. Nad ranem podchodziłem watahę dzików, która buchtowała na polu przy sporym bagnie. żeby je podejść pod wiatr musiałem zatoczyć duży łuk i szedłem drogą wśród zbóż stąpając ostrożnie. Było jeszcze dość szaro. Nagle usłyszałem ten krzyk Z wrażenia nogi mi się trochę ugięły i popatrzyłem w stronę skąd dochodził wrzask. W przerwie w zbożu siedziało jakieś zwierzę podobne do psa lub lisa i patrzyło na mnie. Otworzyło pysk i wrzasnęło ponownie. Oświeciło mnie. To był jenot! Słyszałem kiedyś o tych jego wrzaskach, ale podejrzewam, że trafiłem na wyjątkowo krzykliwego osobnika. Zerwał się i tyle go widziałem.
Jest to również nowy nabytek w naszym łowisku. Jenoty migrują do nas ze wschodu. Jest to zwierzę drapieżne, futerkowe, przypominające swoim wyglądem skrzyżowanie psa z lisem, a najbardziej - amerykańskiego szopa-pracza. Na szczęście, bez wątpienia, (o ile wiem) w niczym nie przypomina diabła.

Jerzy Turzański



„KACZORY”

Powiało wiosną. Dało się to odczuć nawet w wiecznie zadymionym i zakurzonym mieście. Kiedy rano stwierdziłem, że oprócz świeżych pędów, pąków i kwiatów wyjrzało słońce nie zastanawiałem się zbyt długo. Świeżo „upieczona” czeska szesnastka z długimi zamkami i 78% pokrycia z lewki, a 74% z prawej lufy czekała na „weryfikację”. Oby tylko trafić. Podstawowy środek lokomocji - motocykl WF. Jedziemy! Przyjemny wiosenny powiew muska twarz, powyżej „sześćdziesiątki” trzeba założyć gogle. Powoli przesuwa się wąska wstęga asfaltu, motor pracuje równo, do Nowego Warpna pozostało jeszcze kilka kilometrów. Teraz trzeba zjechać w prawo przy krzyżu nie dojeżdżając do Warpna. Pojedziemy lasem, a potem polną droga w stronę Miroszewa. Tak nazwano jedną jedyną chałupę stojącą wraz z oborą tuż nad Zalewem. Analiza nadbrzeżnej skarpy wykazała obecność cegieł. Wiele lat temu zawaliła się tu już jakaś chałupa, a wody Zalewu zabrały kawał brzegu. Walczą więc mieszkańcy o umocnienia – inaczej sami też kiedyś do tej wody zjadą. W połowie polnej drogi skręciłem w prawo - w stronę samotnej gruszki. Tu będzie można zostawić motor i przejść się po okolicznych mokradłach. Wyjrzę też trochę nad Zalew. Stawiam więc motocykl w krzakach i na wszelki wypadek maskuję go. Po co ma kusić do złego ... Później zaczynam wędrówkę po mokradłach poprzecinanych rowami w pasie łąk przyległych do Zalewu. Czasem mijam małe brzozowe laski i stamtąd właśnie, jakby chciał się pochwalić, w słońce staruje pierwszy kaczor. Widzę wyraźnie piękną, zieloną głowę, nakrywam go lufami ... Tak, moja strzelbinka nie daje mu szans ... Nie można tylko dopuścić do zbyt bliskich strzałów, to skupienie śrutu uszkodziłoby tuszkę. Podnoszę kaczora z łąki piękne, wiosenne trofeum. Ponieważ niestety nie mam psa, dopuszczam tylko takie strzały, z których ptaki spadną na dostępną przestrzeń. Wokoło
tętni życie, w promieniach wiosennego słońca błyszczą podmokłe łąki, złotem ścielą się grupy kaczeńców. słychać delikatne bulgotanie szpaków, a z góry dobiega - bee! lotnego baranka. To bekas uruchamia w ostrym pikowaniu w dół lotki swego ogona. Ale uwaga! Grzmią skrzydła i cztery kaczki rwą się przede mną z rowu. Oddalają się czym prędzej. Trzy z nich błyskają białymi lotkami kaczory! Daleki strzał strąca jednego z nich. A, strzelbinka moja! Maleńka ptaszyna ...
Potem pudło - rzecz myśliwska - i jeszcze jeden, też grający w słońcu wszystkimi barwami. Południowe słońce rozleniwia. Trzy - dość ... Zresztą, czy to tak wypada ... czy można ingerować strzałami w te wiosenne misteria wszelkiego stworzenia ... Nie wolno się pomylić. Przerwać życia matki nie wyklutych jeszcze piskląt. Czy rzeczywiście nadmiar kaczorów na wiosnę utrudnia kaczkom wyprowadzenie młodych? Stoję na wale spoglądając w bezmiar wód Zalewu tak błękitnych dzisiejszego przedpołudnia. Tak, trzy - dość. Jeżeli w ogóle ...
Powoli wracam do motoru. Powietrze przenikają gwizdy, kląskania i inne wiosenne odgłosy. Pachnie wyzwolona po zimie ziemia. No, już jest. Mocuję kaczory jak należy, start nożnym rozrusznikiem i zdrowy terkot silnika wynosi nas na drogę. Ale, zaraz - terkot przycicha, silnik dławi się, gaśnie ... Co jest? Odkręcam filterek na przewodzie doprowadzającym paliwo z baku do silnika - zatkany. - Co, u licha?!. Ziemia. Ktoś nasypał ziemi do baku! Niczego nie zauważyłem, tak ładnie wszystko na zewnątrz oczyścił. No i proszę! – Zamaskowałem motor, na wszelki wypadek ... Czy to przysłowiowa bezinteresowna nieżyczliwość ludzka? Skąd się tam ten ktoś wziął? A może to przedstawiciel organizacji ekologicznej występującej przeciw wiosennemu odstrzałowi kaczorów? Mógł chociaż coś powiedzieć ...
Do domu, zamiast godzinę, jechałem sześć. A kaczorów na wiosnę od dawna już nie strzelamy ...

Jerzy Turzański



„ZAPOMNIAŁ”

W dalekiej Afryce, podczas safari biali myśliwi byli gośćmi naczelnika jednej z wiosek. Ten na powitanie, jak obyczaj każe, zapytał uprzejmie każdego z nich: - jak się mają twoje zbiory? Jak się mają twoje krowy? A potem, z wyraźnym lekceważeniem dodał a jak: się mają-twoje żony?
Co kraj to obyczaj i być może, posiadanie większej liczby żon skutkuje zmniejszeniem ich autorytetu i znaczenia. Być może. U nas wszakże rzecz to niedopuszczalna i niemożliwa. Ale, ale? Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z myśliwską pasją! W zaspokajaniu jej, jak pisał Julian Ejsmond, ... „nie przeszkodzi mi miłość najsłodszej dziewczyny” ...
Dwóch kolegów z naszego Koła Kazimierz i Stanisław, wyrwało się na polowanie. Rzecz to zwykła, jednak w tym przypadku niezupełnie - jeden z nich zabrał ze sobą swoją małżonkę Wandę. Rzecz to chwalebna, a i praktyczna - w razie niepowodzeń można ciągle podratować się dotknięciem kolanka! No i, oczywiście, pokazać małżonce wszystkie z polowaniem związane cudowności – zachody słońca, klangor żurawi, klucze dzikich gęsi - i tak dalej. Napolowali się koledzy srodze, (aczkolwiek o sukcesach historia milczy), dość powiedzieć, że owca była syta i wilk cały (czy też odwrotnie) słowem – było pięknie i syci wrażeń - wszyscy - postanowili polowanie zakończyć i do domu powrócić. Po drodze trzeba było dokonać wpisu o zakończeniu polowania w książce wyjść w łowisko w stanicy myśliwskiej. W stanicy jak zwykle było kilku kolegów myśliwych i oczywiście zaczęto wspominać najświeższe przygody ze zwierzem, a i te dawniejsze - tak cóż ty zrobisz. Małżonka wspomnianego kolegi wysiadła tymczasem z samochodu i poszła do lasu nazbierać jeszcze trochę leśnych kwiatów i gałązek dla upiększenia domowego stołu. Nasi myśliwi po dokonaniu wpisu nagadawszy się do woli z kolegami wsiedli do samochodu i - mając wciąż jeszcze przed oczami barwne przygody łowieckie - pojechali do domu.
Po pewnym czasie pani wróciła do stanicy z naręczem kwiatów i jakież było jej zdziwienie, kiedy nie zastała samochodu męża! Uczynni koledzy myśliwi natychmiast zadzwonili do małżonka pytając, czy czegoś nie zostawił w stanicy?
W samochodzie wywiązała się dyskusja:
- Słuchaj, oni pytają, czy czegoś nie zostawiliśmy ...
- Zaraz, zaraz, przepustki są, broń jest ... nie, chyba wszystko zabraliśmy!
Wtedy rozmówca rzucił triumfalnie: - A żona? Czy mam rozumieć, że ją zostawiasz?!
- O kurrr.. - rozległo się w samochodzie wcale nie po myśliwsku wraz z piskiem hamulców i odgłosami zawracania.
Spuśćmy na to zakończenie kurtynę miłosierdzia - jak powiedział pewien poeta. Jedno jest pewne - myśliwskiej pasji nie należy lekceważyć! A na safari, na przykład, w świetle powyższych wydarzeń zabieranie małżonki byłoby raczej niewskazane!

Ryszard Krucewicz (spisał Jerzy Turzański)

Wybór wierszy
 
Andrzej Pyrczek
 
(do wykorzystania na stronie internetowej Koła Bór)
Wszelkie prawa zastrzeżone
 
 
Szczecin 2010
 
 
 

 

Hubertus 2010


Tęskno w lesie rogi grały,

puszczy i Bogu na chwałę.

Gdy ksiądz proboszcz mszę odprawiał,

wiatr w gałęziach się zabawiał.


Łowców w lesie cały tłum,

buki leśny tworzą „tum”.

Rogi znów się rozśpiewały,

leśny modli się świat cały.

 

Wszystkie głowy pochylone,

nawet drzewa rozmodlone.

Święty Hubert uśmiechnięty,

patrzy na łowców przejętych.


Co przed swoim polowaniem,

modlą się przed Bogiem samym.

Modlitw głośny płynie chór,

żeby wszystkim „Darzył bór”.


Później trwało polowanie,

Święty Hubert patrzył na nie.

Deszcz pokropił cały las

i przemoczył także nas.


Pokot zwierza niebogaty,

łania, dziki dwa brodate.

Wszyscy jednak humor mamy,

gdyż na stół bigos podany.


Na stanicy wokół stołów

z przyjaciółmi jest wesoło.

Wspomnień z łowów płynie strumień,

bo wspominać nemrod umie.


Przydarłów, dnia 6 listopada 2010 r.

Andrzej Pyrczek

 
 
 
 
Na jubileusz 60-cio lecia
 
Kopę lat minęło w Kole,
rodzin całe pokolenia,
wyruszają na łów w pole,
gdzie las wciąż kolory zmienia.
 
Cudne nasze są łowiska,
zwierza pełne nasze bory.
Radość z serca wręcz wytryska,
zwierz emocji budzi poryw.
 
Nemrod siedząc na ambonie,
przywołuje lat wspomnienia,
marząc o łowieckim „Złomie”,
myśli – … „ jak ten świat się zmienia?”…
 
Gdzie koledzy z dawnych lat,
którzy Koło zakładali,
Dziś w myśliwski idą świat,
ci co z dziadkiem polowali.
 
Bywa jednak też czasami,
że nasz sztucer odpoczywa,
słońce budzi świat barwami,
kamera zwierza nagrywa.
 
Cudnie myślami powrócić,
do wspaniałych tamtych lat,
kiedy las był miejscem uciech,
a myśliwy był jak brat.
 
Życzmy więc sobie wzajemnie,
by uśmiech nie znikał z twarzy,
długo polować przyjemnie
i by Hubert w „Borze” darzył.
 
Dzik.
 
W ciemnym borze o poranku,
truchtał dzik do swej samury,
rozmarzony po śniadanku,
nadział się na łowcy rury.
Morał z tego ten wynika,
jak u człeka, tak u dzika,
świat przesłania im kobitka.
 
Pochwała urody.
 
Śliczny jesteś mój zajączku,
tak lis szarakowi rzecze,
jeszcze śliczniej byś wyglądał,
jako śliczna pieczeń.
 
Kij i marchewka
 
Wśród myśliwych znana śpiewka,
Pracuj w kole, by zwierz był,
Będzie odstrzał, więc marchewka,
A dla leni będzie kij.
 
Gra słów
 
W dobrym kole gospodarzy łowczy,
W słabszym kole "rządzą" sami łowcy,
A w najgorszym kole w całej okolicy
Raj wspaniały mają sami kłusownicy.
 
 
Wirtualne zające
 
Myśliwi się w krzakach czają,
może się pokaże zając.
Jednak mimo szczerych chęci
są zające, lecz w pamięci.
 
 
Dziczki
 
W świerkowym młodniku, przy zielonej kępie,
W barłogu trawiastym, przy sosnowym zrębie,
 W marcowym słoneczku, grzeją się pasiaki,
Tulą się do lochy, śpiewają im ptaki.
 
Kiedy najedzone bawią się wesoło,
Trącają ryjkami co zobaczą w koło,
Później znowu poobiednia sjesta,
Ssą znów swoją mamę i nie mogą przestać.
 
Przez lato i zimę wciąż wspaniale rosną,
Aby się w przelatki pozamieniać wiosną.
Na następny roczek wycinki i lochy
W watahach prowadzą huczkowe zaloty.
 
Tak cała natura zatoczyła koło,
Znów pasiaki w marcu bawią się wesoło.
Jelenie i sarny, szaraki i kury,
Przestrzegają w życiu znanych praw natury.
 
P.S.
Więc nemrodzie miły, poddaj się miłości,
Znajdź dla miłej serce, nie budź że w niej złości,
Bieganiem do lasu, miast dzielić z nią łoże,
Bo po kilku razach, inny ci pomoże.
 
Zadumanie
 
Hen na leśnym uroczysku,
przy szemrzącym tam strumieniu,
przeżuwając trawę w pysku,
pasł się rogacz w wierzby cieniu.
 
Nieopodal koźlę bryka,
sarna obok skubie liście,
koźlak kózkę łebkiem tryka,
podskakując posuwiście.
 
Na ambonie ponad nimi,
rozsiadł się myśliwy młody,
co oczami błyszczącymi,
chłonie wspaniałość przyrody.
 
Zapomniał o strzelbie obok,
a w rękach lornetkę ściska,
serce wędruj marzeń drogą,
poprzez leśne uroczyska.
 
 
 
Rogacz
 
Na leśnej porębie, schowanej gdzieś w puszczy,
przy sękatym dębie, tam gdzie mieszka puszczyk.
Żyje sobie saren, rodzinka wesoła.
Koźlę skacząc z czarem, rodziców swych woła.
 
Za nim z za sosenek, wychyla się koza,
przeskoczyła pieniek, tam gdzie rośnie łoza.
Pyszczkiem skubie liście, suknia na niej ruda,
śliczna rzeczywiście, żona kozła cudna.
 
Patrzy na koźlęcia wesołe zabawy,
 zaprasza malucha by spróbował trawy.
Zaś z młodnika obok patrząc czujnie wokół,
wychyla się kozioł, jest bystry jak sokół.
 
 
W parostki wspaniałe, rogacz wystrojony,
znany w puszczy całej oręż ten obronny.
Długo piękny rogacz w puszczy tej był znany,
aż po polowaniu przyozdobił ściany.
 
 
Łowieckie westchnienie.
 
Tęskno w lesie rogi grały,
puszczy i Bogu na chwałę,
gdy ksiądz proboszcz mszę odprawiał,
wiatr w gałęziach się zabawiał.
Łowców w lesie cały tłum,
buki leśny tworzą „tum”.
Rogi znów się rozśpiewały,
leśny modli się świat cały. 
Wszystkie głowy pochylone,
 nawet drzewa rozmodlone.
Święty Hubert uśmiechnięty,
patrzy na łowców przejętych,
co przed swoim polowaniem,
modlą się przed Bogiem samym.
Modlitw płynie głośny chór,
żeby darzył wszystkim bór.
Później trwało polowanie,
Święty Hubert patrzył na nie.
Pokot zwierza dał bogaty,
jak bywało to przed laty.
 
 
Myśliwska prawda
 
Siedzą nemrodzi grzejąc swe kości,
Wspominki czyniąc z dawnych swych łowów,
Słuchają młodzi pełni zazdrości,
Obdarowanych przez leśnych bogów.
 
Prawda czasami bywa wręcz inna,
Bo pamięć często nam figle płata,
Po wielu latach sprawa wręcz dziwna
Pozyskaliśmy sto dziczych watach.
 
W rzeczywistości dziczek był jeden,
Byczek i łania, może i cielę,
Można uwierzyć też w saren siedem,
Ale sto watach, to już za wiele.
 
Dla młodych łowców ważna rzecz taka,
Historie starszych znać warto czasem,
Jednak ważniejszym z prawdą się bratać,
Wtedy wspanialsze spotkania z lasem.
 
 
 
Polowanie
 
Siedzi w człowieku głęboko
Od wieków zakodowana
Schowana w nim bardzo głęboko
Ochota do polowania.
 
Za serce chwyta psów granie,
Aż w gardle zatyka nam dech
Gdy trąbki usłyszysz granie
Płuca pracują jak miech.
 
Dzwonią psie głosy po lesie,
Grają melodię łowiecką,
Echo się niesie po lesie
Myśliwy się cieszy jak dziecko.
 
Nieważna ucieczka zwierza,
Nieważny jest łowów wynik,
Cudnie się serce nam zwierza,
Nie każdy myśliwy cynik.
 

Rykowisko
 
Przyszedł do nas złoty wrzesień.
Po zasnutej mgłą uprawie,
echo ryk jelenia niesie,
by zaniknąć gdzieś przy Drawie.
Puszcza rezonuje cała
granie powtarzając w dali
chmara łań przy nim wspaniała,
podnieca jego rywali.
 
Mocny musi być król puszczy,
co panuje w buków cieniu,
tam gdzie mieszka stary puszczyk
przy srebrzącym się strumieniu.
Organistów cała chmara
rykiem smutno popłakuje,
wie jednakże łania stara,
kto nad Drawą tu panuje.
 
Rykowisko jest wspaniałe,
łowców w borze cały tłum,
zasłuchani w piękne granie
chcą wyciszyć wiatru szum.
Chcą przechytrzyć lasu króla,
co rykiem swą władzę głosi,
szczęście, że czasami kula,
rozpryśnie się w srebrnej rosie.
I gdy przyjdzie nowy wrzesień,
znów staniemy zasłuchani,
sprawdzając czy znów się niesie
ryk wspaniały nad bukami.
 


Wigilijne łowy
 
Jamnik tęskno patrzy w okno, czy już świeci nam nad lasem,
łysy księżyc hen wysoko, gdy go ujrzy szczeka basem.
Nie czas jednak w pojedynkę, na ambonie długo siedzieć.
czas na wigilijne łowy, Ty to przecież musisz wiedzieć.
Już przyjaciół grupa cała, zjeżdża w znane nam łowisko.
Zagrał róg - "Zwierzynie chwała", tworzą łowcy już kolisko.
Z kartą los bierz z kapelusza, ruszaj w las na linię miotu,
niech się cieszy łowcy dusza, do strzelania broń swą gotuj.
Cicho patrz jak śnieg się sypie, na młodniczek pełen zwierza,
popatrz jak łaciaty foksik, dziczy trop nosem przemierza.
Czuj duch - psów w oddali słychać granie, serce poczuj w gardle samym.
Dziki, które sobie gdzieś tam spały, biorą psy już w ostre tany.
Jednak głos psiego jazgotu, ucichł gdzieś w młodnika głębi.
Marku przed tobą gdzieś z boku, płowa łania w skoku pędzi,
do ramienia broń podrzucaj, przymierz dobrze na łopatkę,
co dał Hubert nie odrzucaj, wykorzystaj dobrą gratkę.
Wigilijne trwają łowy, mioty szybko przemijają.
Już ostatni miot przed nami, znów nadzieję wszyscy mają.
Nagle strzałów cała seria, rwie na strzępy leśną ciszę,
na drzemiącego Zygmunta, pociąg dzików długi wyszedł.
Później cicho się zrobiło, wszyscy stoją zasłuchani,
 gdy na koniec tego miotu, słychać rogu tęskne granie.
 Jest już pokot ułożony, trąbka w niebo śle sygnały.
Leży szpicak i trzy łanie, dzików cztery - plon niemały.
My dzielimy się opłatkiem z życzeniami z samych marzeń,
by w następnym polowaniu, znów nam "Bór wspaniale Darzył".
Niech nam wszystkim zdrowie służy, los niech Wam prostuje drogi,
żyjmy wszyscy jak najdłużej, niech nikt nam nie będzie wrogiem.
Niech Rodziny ukochane, cieszą się też szczęściem z nami,
bo życia to prawo znane, masz przyjaciół - los wygrany.
 



Kto za żonę, kogo ma?
 
Czy sarna to żona pana jelenia?
Wątpliwości żadnej nie ma.
Przecież byk ma żonę łanię,
naprawdę ja tutaj nie kłamię.
 
Byk, co wieniec piękny nosił,
łanię do ślubu zaprosił.
Ślub zaś odbył się w niedzielę.
Urodziło im się cielę.
 
Sarna chociaż całkiem mała,
byka za męża nie chciała,
bo rogacz za nią wciąż chodził,
ona ciągle go zaś zwodzi.
 
W sierpniu gody obchodzili,
w zbożu i na łące byli.
Później w czerwcu, chyba w piątek,
przyszło na świat moc koźlątek.
 
Teraz każdy chyba wie,
czyją żoną sarna jest.
Czyją zaś małżonką łania,
to przyroda mówi sama.
 



Najlepsi przyjaciele
 
Pośród ludzi są przyjaźnie,
Które trwają przez lat wiele,
Lecz dozgonnie najwyraźniej
Kochają psi przyjaciele.
 
Żyją z nami psy wspaniałe
Ciesząc nas swym zachowaniem
Duże wyżły i psy małe
Dzielą z nami polowanie.
 
Pysk posiwiał im przez lata,
Łapki się już spracowały,
Słuch też gdzieś zniknął po latach,
Oczu blask został wspaniały.
 
W życiu ludzi tak to bywa,
Że uczucia swe skrywają,
Psy na szczęście, ludzi chyba,
Serca w oczach swych trzymają.
 





Reminiscencje z dyskusji 
na XVIII Zjeździe Delegatów PZŁ w Szczecinie
 
 


Wyborcza maszyna
 
Tryby wyborczej maszyny,
toczą się często leniwie.
Nie zawsze proste wybory,
gdy mowy na nich kąśliwe.
 
 
Demokracja
 
Demokracja nawet krzywa,
w każdej formie ma swe prawa,
często w życiu tak to bywa,
nie dla wszystkich to zabawa.
 
Ci co głoszą racje swoje,
pewni są, że rację mają.
Inni tocząc z nimi boje,
też przy swoim twardo stają.
 
Apolityczna przyroda
 
Politycy w swoich planach,
często dzieląc kraj na części,
na przyrodę czyniąc zamach.
To się pewnie na nich zemści.
 
Podstawa to dyscyplina.
 
Łowiectwo się na tym trzyma,
że musi być dyscyplina.
Tam, gdzie jest w użyciu broń,
Boże przed demokratami chroń.
 
 
Start do władzy w PZŁ
 
Dajmy młodym dojść do władzy,
dajmy starszym już wytchnienie.
Może w Związku wreszcie naszym,
będzie rozwoju kwitnienie?
 
Inni inne zdanie mają,
starsi to sukcesu klucz.
Młodzi niech egzamin zdają,
więc młodzieży ucz, się ucz.
 
 


Sporny problem - szacowanie szkód łowieckich.
 
Szkody w polu, chłopi w krzyk.
Szkodzą łanie, no i dzik.
Kto usunie szkód tych skutki?
Koło robi proces krótki.
 
Najpierw szybkie szacowanie,
później drugie miły panie,
no i wreszcie brzęczy kiesa,
lecz za mało jest do biesa.
 
Więc rolnicy rozżaleni,
piszą skarg epistoł wiele,
że działania w czarnej ziemi,
dają tylko chwastów zieleń.
 
Łowcy swoje racje mają,
chroniąc pola przed dzikami.
gdyż nie współdziałając,
rolnicy są winni sami.
 


Łosie.
 
We mglistych oparach,
pośród trzcin wysokich,
na biebrzańskich bagnach,
na młakach głębokich.
 
W październiku bukowisko,
miały wielkie łosie,
gdzie swą klępę nade wszystko,
kochał byk przy łozie.
 
W czerwcu się im urodziło cielę.
Wiele zwierząt też tam żyło
bo łosi niewiele.
No i to by wszystko było.
 


Myśliwski róg Huberta
 
Kiedy srebrny księżyc zaświeci nad lasem.
To w piersi myśliwskiej, serce gra z hałasem.
Jeszcze mocniej bije, gdy rogi zagrają,
co szczególnie mocno za serce trzymają.
 
Nie tylko myśliwych, lecz też inny ludzi,
trąbki głos złocisty tęsknotę w nich budzi.
Kiedy Hubert na mszy wygrywa sygnały,
człowiek wtedy słucha także sercem całym.
 
Słucha wtedy dźwięków melodii co płynie,
jak z rogu Wojskiego, co w poezji słynie.
Rzeczywistość jednak nas do życia wraca,
graj Hubercie cudnie, koncertów nie skracaj.



 
W Puszczy Piaskowej
 
Gdy przez las jesień przechodzi,
kolorami puszczę zdobi,
ciepłych barw paleta cała,
jesieni się rozsypała.
 
Zieleń, złoto, czerwień, brąz,
barwy się zmieniają wciąż.
Bawiąc oczy wszystkich ludzi,
jesień co rok tak się trudzi.
 
A po niebie mgłą zasnutym,
słychać krzyki gęsich kluczy,
Dzięcioł obok bębni w borze,
Sosen wokół szumi morze.
 
Wiatr po niebie chmury pędzi,
czasem spocznie na gałęzi.
Później dalej przez las leci,
zrywać liście przecież jesień.
 
Kruki krążąc głośno kraczą,
Święty Hubert łowy zaczął.
Nemrod na ambonie siadł.
Cudny w koło leśny świat.
 


Zima nam się rozhulała
 
Zima nam się rozhulała,
białe gwiazdki z nieba lecą,
w kość już ludziom dobrze dała,
no i radość naszym dzieciom.
 
Oziminy już przykryte,
kołder białych grubą warstwą.
Pola przez zwierzynę zryte,
dzik przez tabakierę parsknął.
 
Sarny chodzą już rudlami 
i jeleni widać chmary.
Świat pięknieje przed oczami,
to natura robi czary.
 
Mróz maluje srebrne kwiaty,
nam na oknach naszych domów,
ciepłej napij się herbaty,
z przyjacielem ciepło pomów.
 
Niech zimowy czas co nastał,
nie mrozi serc naszych lodem,
niech zamrozi złe co wzrasta,
a rozgrzewa serca młode.
 



Jak się zima z wiosną bawiła
 
Biegł zajączek polem lasem,
oglądając się ze strachem.
Czy nie goni go ktoś czasem,
Biegł aż znalazł się pod dachem.
 
Gdzie kochana zajęczyca,
tęskniła za swoim gachem.
Choć Wielkanoc, to śnieżyca
białym puchem dmie z rozmachem.
 
Wiosna wręcz przeciera oczy,
co wyprawia w marcu zima,
wszystkich ten atak zaskoczył,
mróz w okowach ziemię trzyma.
 
Słońce wreszcie to spostrzegło,
za porządki się zabrało.
Ciepłem więc na śniegu legło
promykami posypało.
 
Porobiły się kałuże,
w dołkach, nierównościach dróg.
Szumią rzeczki – małe, duże.
Zniknął mróz wiosenki wróg.
 
Zając wyjrzał też z kotlinki,
jak na świecie bożym jest.
Całe w kwieciu już dolinki,
wiosna przecież ma ten gest.
 
Cudowna zieleń.
 
Wiosny przepięknej cudowna zieleń,
ma w maju ciepłym tysiące wcieleń.
Zielone łąki ubrane kwieciem,
na ścianie lasu różnie się plecie.
 
Bledziutka zieleń brzozowych liści,
zdobi sosnowych igiełek kiście.
Buki w świeżutkie liście ubrane,
całe ptakami są rozśpiewane.
 
W dole zawilce, przylaszczek łany,
a ponad nimi las rozśpiewany.
Więc nie bądź smutny mój miły panie,
lato przed nami, więc czekaj na nie.
 
Wtedy znów zieleń pięknie się zmieni,
kiedy zbliżymy się do jesieni.
Najpierw na złote liście się zmienią,
później się całe pięknie zrumienią.
 
Aż wreszcie psotny wietrzyk jesienny
rozsiewa liście pod niebem ciemnym.
Później po ziemi kolorem sieje,
aż ziemia cała nam wypięknieje.
 
Jedynie drzewa wtedy bezlistne,
czekają zimy śniegiem puszystej.
I kiedy słońce wiosną bieg zmieni,
znów cała ziemia się zazieleni.
 
Zaproszenie do lasu po burzy
 
Na zszarzałą zieleń lasu
słonko rano popatrzyło.
Chmurki kłębią się na niebie,
będzie burza, że aż miło.
 
Wtedy zieleń przetrze oczy
i zabłyśnie odcieniami.
Liśćmi wtedy las zaszumi, 
jakby się umawiał z nami.
 
Chodźcie do mnie moi mili,
chodźcie do mnie pooddychać.
Chodźcie do mnie spacerować,
gdzie śpiew ptaków głośny słychać.
 
Chłońcie pełną piersią ozon,
co w powietrzu się unosi.
Chodźcie do mnie spacerować,
dwa razy nie będę prosił. 
 
 
 
Straszne grzybobranie
 
Gdy do lasu ludzie spieszą
na piechotę i autami.
To zwierzęta się nie cieszą,
straszone wciąż okrzykami.
 
Zaczęło się grzybobranie
w lesie ludzi zatrzęsienie
wciąż klaksonów słychać granie,
straszą dziki i jelenie.
 
Gdzie są dawne dobre czasy,
gdy las cichy był zielony.
Niepotrzebne nam hałasy
i las chory zadymiony.