Dodane przez Bartłomiej Obecny

Czekaliśmy na to zbiorowe jak na zbawienie. Niby nic szczególnego:  od dawna już filozofia, że tak powiem, wykonywania polowania preferowała polowania indywidualne. Ale tu okazało się, że jednak i w tę stronę coś nas ciągnie: do towarzystwa dawno nie widzianych kolegów, samotnego wyczekiwania na stanowisku, tej szczególnej towarzyszącej zbiorówkom atmosfery.
Cieszyłem się z góry na piękne późno jesienne widoki. Zachowało się jeszcze trochę liści na bukach, a zwłaszcza na dębach i one to umiejętnie przez Naturę wplecione między rozłożyste świerki, prezentowały swoisty koloryt późno jesiennego krajobrazu. W górze szumiały korony pięknych gonnych sosen, z których powstałby niejeden maszt do żaglowego okrętu, gdyby takowe jeszcze budowano. Byliśmy pośrodku Puszczy Wkrzańskiej i czuło się tu bezmiar puszczańskich ostępów.
Polowanie, jak wszystkie w naszym kole prowadzone było sprawnie i profesjonalnie. Na zbiórce kilka słów o zachowaniu bezpieczeństwa na polowaniu, numerki i w knieję, wynajętym traktorem z przyczepą. Później rozprowadzanie na stanowiska od numeru 10 na lewo, duże na prawo. Żadnych pomyłek i dyskusji.
Polowaliśmy na dziki i jelenie. Lis, jeżeli by się gdzieś trafił również był do odstrzału. Bractwo jednak, w większości wyposażone w sztucery niechętnie psuło skórę rudzielca pozwalając mu często iść bez strzału. Ekscytowały nas jelenie; byki dostępne były jeszcze we wszystkich trzech klasach wieku. Ilość przeznaczona do odstrzału była naturalnie ograniczona, ale zwłaszcza łanie czekały na nieuchronny wyrok nałożony na nie przez nadleśnictwo. Tak więc spodziewaliśmy się „podgonić” wykonanie planu odstrzału jeleni, co warunkowało dobre układy ze wspomnianymi powyżej gospodarzami lasu. Na polowaniu zbiorowym było to jednak dość trudne zadanie: strzał do zwierzyny płowej dozwolony był tylko poza miot, a przecież trzeba jeszcze zwierzynę rozpoznać. Oczywiście zdecydowana większość kolegów posiadała uprawnienia selekcjonerskie.
Miałem cichą nadzieję, że jelenie jednak na mnie nie wyjdą. Owszem nie miałbym nic przeciwko bykowi, ale łanie … Jakoś od pewnego czasu nie lubiłem strzelać do łań. Być może przyszło to z wiekiem … Nie, nie miałem nic przeciwko polowaniu na jelenie; znałem przecież zasady prawidłowego myślistwa i zdawałem sobie sprawę z wymogów wykonania planu odstrzału zwierzyny płowej. Miało to, przynajmniej według nadleśnictwa uchronić nasze lasy przed nadmiernym zjadaniem ich przez te piękne zwierzęta … sprawa oczywiście do dyskusji jak wszystkie naukowe teorie. Ale tu nie byłem w swoich przekonaniach odosobniony: pamiętam, jak znany pisarz i myśliwy Janusz Meissner jeździł na rykowisko już tylko z „pastorałem” zamiast sztucera, ale naturalnie nie miał nic przeciwko strzelaniu jeleni przez kolegów. Na naszym polowaniu mieliśmy spotkać także dziki, co zawsze jednak wywołuje dreszcz emocji. Jakoś te „czarnuchy” bezapelacyjnie nadają się do roli obiektu polowania. Są czarne, nastroszone i bywa -niebezpieczne! Tak więc, o ile polowanie na jelenie, zwłaszcza na rykowisku jest „wyższą szkołą jazdy”, to spotkania z dzikami każdy myśliwy również sobie ceni. Prowadzący polowanie kolega wraz z pomocnikiem –do rozprowadzania -zapewniali, że tym razem dziki i jelenie będą. Nie zawsze jednak udawało się spotkać zwierzynę. Polowaliśmy bowiem w przepastnych lasach puszczy, jak wspomniałem, Wkrzańskiej gdzie dobrze trzeba się natrudzić, a i znać łowisko, żeby określić prawdopodobne w danym dniu miejsce zalegania zwierzyny. Gdyby jeszcze był śnieg! Ale ten pada tu dość rzadko i bardziej trzeba się zdać na wyczucie i obserwacje z minionego tygodnia.
Przypadło mi stanowisko jak zwykle o tej porze roku w znanej okolicy, gdzie uroczyska i chaszcze niezmierne, a skąd udało mi się już kiedyś dzika „wyprowadzić”. Stałem pod pięknym dębem, którego gałęzie sięgały, aż za linię tworząc jasno złoty pióropusz liści. Za plecami miałem istne uroczysko; potężne, rozłożyste sięgające do ziemi świerki przeplatane wysokimi trawami. Czasem trafiła się jakaś brzózka. Wiedziałem, że zwykła tam zalegać zwierzyna; widziałem tam kiedyś i dziki i pięknego byka obustronnie koronnego –poza zasięgiem.  Ale kierownik polowania z jakichś względów wybrał miot, który miałem przed sobą -dość gęstą sosnową drągowinę. Okazało się, że miał rację! Niedługo miałem się cieszyć widokiem złotych liści dębu na tle świerków poza miotem. Trzeba było zacząć „pilnować interesu”! Huknęły strzały i w sporej ode mnie odległości przez linię przemknęło kilka ciemnych kształtów. Dziki! Najwyraźniej wataha próbowała się przebić przez linię myśliwych, gdzieś ze trzy stanowiska ode mnie. Ale uwaga! Strzał na flance! Oznaczało to, że wataha rozbiła się i tutaj, w sporym od niej oddaleniu mogę się spodziewać jakiegoś indywidualisty, który na własną … rapetę będzie próbował wymknąć się z opresji. Stałem więc nieruchomo, ściskając sztucer … Kiedy, jak to zwykle bywa straciłem już nadzieję trzasnęła gałązka.  
O, bratku! Jednak idziesz! Wpatrywałem się w gęstą drągowinę przed sobą i nagle -jest! Przystanął ostrożnie i wietrzy. Widzę go wyraźnie w lunecie, ale co widzę?
Wąski skrawek czarnego cielska. Żeby chociaż słuch … A tak cóż ja tu panu mogę zrobić? Dzik ruszył. Drobnymi kroczkami przesuwał się bezszelestnie w stronę linii i zniknął za dębem. Teraz obróciłem się w lewo i przygotowałem do uchwycenia w lunetę zwierza, kiedy pojawi się na linii. Była ona dość wąska. Sąsiad stał w odległości 50 m i nie mogłem absolutnie ryzykować złożenia się przed strzałem zważywszy ponadto, że nie wiedziałem; w którym miejscu pojawi się mój „obiekt”. On tymczasem stał, prawdopodobnie za dębem, wystawiając mnie na ciężką próbę. I nagle przesadził linię jednym skokiem. Złapałem go w krzyż, kiedy dopadał zbawczych świerków po drugiej stronie drogi. Był bliżej niż myślałem! Nie był to pewny strzał, a raczej bardzo niepewny! Krzyż wędrował gdzieś po chybie … Pewnie tylko obcierka. Nie znaleźliśmy draba. Kląłem swoje „strzelnicze” pomysły. Kto widział strzelać przez lunetę na dziesięć kroków w biegu! No, ale gdyby tak był dalej? A gdyby stanął? A w miocie, gdyby się  odsłonił … Gdyby, gdyby. A jelenie? No właśnie. Tu potrzebny jest strzał precyzyjny, nie z jakiejś dubeltówki, z której prędzej bym tego dzika położył … Nie chciałem jeleni, św. Hubert przyprowadził mi dzika … Nie wykorzystałem tej łaski. Bardzo nieładnie. Ale … „psy szczekają, karawana jedzie dalej” … Polowanie trwało i nawet rąbek słońca wyłonił się spoza chmur ożywiając późnojesienną scenerię. Padły już cztery dziki. Koledzy nie próżnowali.
Ostatni miot ciekawy był o tyle, że obejmował również dwie duże śródleśne łąki. Myśliwi zostali rozstawieni częściowo … na ambonach,  których kilka stało na obrzeżach łąk. Ze swojej ambony widziałem przynajmniej półtora kilometra łąki okolonej sosnowym lasem. Szaro i dość ponuro było tu o tej porze, a przecież w czerwcu ta sama łąka pachnie i rozkwita, jakby uśmiechała się w porannych promieniach słońca. Patrzyłem na znane zakątki, gdzie na wiosnę pasły się piękne rogacze. Pamięć podsuwała obrazy ryczących jeleni i tego dzika, który ostatnio zapędził się zbyt blisko ambony … Ale uwaga! Po drugiej stronie łąki widać szare kształty -jelenie! Chmara przesuwa się wzdłuż lasu i nagle pojedynczy byk odbija w stronę sąsiedniej ambony.  
Pisał Julian Ejsmond: … strzał pada szybki … na ziemie wali się królewski zwierz … radość, osobliwie przemieszana z żalem po tej dla przyrody stracie wypełnia serce triumfującego myśliwca … .
I ja cieszę się z sukcesu kolegi snując równocześnie refleksje o twardych prawach Natury. Ale polowanie jeszcze trwa. Rozładowałem już sztucer gotów pójść koledze z pomocą, ale trąbki na koniec miotu jeszcze nie słychać i nie można opuścić stanowiska. Nagle zza rogu lasu wychodzi inna chmara jeleni -kilkanaście sztuk. Chyba nie idą do mnie? Właśnie, że do mnie! Są coraz bliżej. No cóż, trzeba ponownie załadować sztucer. Jestem przecież na polowaniu! Może nie podejdą? Ależ podchodzą! Nie ma byka, dlaczego nie ma byka?! Chmara podchodzi pod ambonę  i zatrzymuje się w odległości 40 metrów.  Święty Hubercie, o święty Hubercie! Jestem przecież na polowaniu na jelenie! A plan pozyskania zwierzyny płowej? Kolega z sąsiedniej ambony przygląda mi się cóż to ja wyrabiam? Więc dobrze – postanawiam.  Ale po myśliwsku -dokładnie. Pierwsza jest licówka, potem cielak … Ta chyba będzie w sam raz …
Stoimy na zbiórce, przed pokotem, by oddać ostatni hołd strzelonej zwierzynie. Kierownik polowania deklamuje: królem dzisiejszego polowania został kolega … ., który strzelił jelenia byka, a wicekrólem kolega … . słyszę szept św. Huberta: … Jam to, nie chwaląc się, sprawił!..

Jerzy Turzański

Możliwość komentowania została wyłączona.


Wydrukowano w dniu: 2024-04-09 01:43:45 GMT