Dodane przez Bartłomiej Obecny

Nadszedł październik, a z nim piękna pogoda jakby pragnąca wynagrodzić niedostatki minionego lata. Noce były już zimne; ranki zasnute mgłą, przez którą przedzierało się jesienne słonce. Kiedy pod-niosło się wyżej, krople rosy lśniły jak brylanty na liściach i trawach. Gęsto utkane pajęczyny srebrzyły się w cieniu upodobniając leśne pagórki do omsza-łych pni. Około południa robiło się ciepło, rzekłbyś – wraca lato. Ale złoto, czerwień i purpura okrywająca buki i dęby, klucze dzikich gęsi na bladoniebieskim niebie mówiły same za siebie. Była jesień – pełnia sezonu łowieckiego.

     W nocy i nad ranem dawał się jeszcze słyszeć basowy ryk władcy tej kniei – jelenia byka. Dziki zbierały żołędzie pod dębami obrastając w tłuszcz potrzebny do przetrwania zimy. Kaczki krzyżówki latały na ścierniska opychać się ziarnem jęczmienia…

    O tym wszystkim wiedziałem, tkwiąc w mieście i tęsknie śledząc klucze gęsi na jesiennym niebie. Z kłopotu wybawił mnie starszy kolega ”po lufie”. Tak ”nakręcił”, tak ”namieszał”, że wkrótce byłem zwolniony z praktyki na kilka dni i ”pruliśmy” moją WFM-ką w stronę Nowego Warpna. Nocować mieliśmy u miejscowego kolegi myśliwego na sianie, a dożywiać się późnymi jabłkami i śliwkami, które ”latoś” wyjątkowo obrodziły. Jakoś to będzie! Entuzjazm i nadzieja towarzyszyły nam jak zwykle na każdej myśliwskiej wyprawie.

     W ciągu dnia polowaliśmy na kaczki. Strzeliłem, a jakże, pięknego kaczora z wału nad Zalewem. Spadł do wody niedaleko brzegu i wszystko wskazywało na to, że lekki wiaterek przygna go do moich stóp. Cóż, kiedy kilka metrów od brzegu kaczor zakręcił się podejrzanie i zaczął dryfować w inną stronę. Co było robić? Psa niestety nie miałem, a zmarnować strze-loną zwierzynę to grzech nie do wybaczenia. Słońce przygrzewało… Rozebrałem się, popłynąłem i zła-pałem drania. Brrr!… Nic tak nie rozgrzewa, jak myśliwska pasja.

     Wieczorem postanowiliśmy wybrać się na dziki, które buchtowały pod dębami i dobierały się do resztek ziemniaków znajomego gospodarza. Przed polowaniem jednak należało zgłosić swoje zamiary w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza. Nasz obwód łowiecki, przylegający do Nowego Warpna i Zalewu Szczecińskiego ciągnął się też kilkanaście kilometrów wzdłuż granicy państwa. Jest to zresztą nadal aktualne – ciągle tam polujemy.

     W tych czasach, a to były czasy! – jak mawiają starzy… myśliwi, na obszarze zbliżonym do granicy wolno było przebywać tylko za specjalnym zez-woleniem. Nie dotyczyło to zamieszkałej tu ludności i myśliwych z kół łowieckich dzierżawiących tereny przygraniczne. Musieli jednak oni (myśliwi) każ-dorazowo zgłaszać w strażnicy WOP swój pobyt w łowisku. Odwiedziliśmy wiec strażnicę, wpisano nas do rejestru i poszliśmy na polowanie. Usiadłem na ambonie na skraju kartofliska, a kolega wybrał inny rejon.

     Dzień powoli miał się ku końcowi. Zaświstały skrzydła krzyżówek lecących gdzieś na ścierniska. Na kartoflisko wyszedł rogacz skubiąc ostrożnie łęty ziemniaczane.

     – Że też może mu to smakować – pomyślałem. Był to ładny selekt, ale już poza zasięgiem – rozpoczął się okres ochronny. Zmierzchało. Z daleka odezwały się gęsi, które ciągnęły z pól na jezioro Piaski leżące już poza naszym terenem łowieckim. Lubię polować na gęsi. Prawdziwą satysfakcję daje przechytrzenie tych zmyślnych ptaków nocujących na wodzie dla ochrony przed drapieżnikami, np. lisami. No, ale teraz ocze-kiwałem czegoś grubszego. W czystym powietrzu każdy dźwięk roznosił się daleko i miałem nadzieję usłyszeć charakterystyczny trzask łamanych gałęzi zwiastujący zbliżanie się grubszej sztuki.

     I… doczekałem się. Ale odgłos towarzyszący zbliżaniu się tej ”grubszej sztuki” był jakiś dziwny. Wkrótce nie miałem wątpliwości. Pod ambonę zajechał wojskowy gazik. Wysiadł z niego podoficer WOP. Podszedł do ambony i powiedział:

     – No to schodźcie…

Nie było co dyskutować. Powiedziano mi, że wszystkiego dowiem się na strażnicy. Żołnierze zapy-tali jeszcze o mojego kolegę. Z braku możliwości ”ustalenia miejsca pobytu” użyli psa służbowego i już po kilku minutach kolega też był ”upolowany”. Na strażnicy WOP w Karsznie dowódca zarzucił nam, że przekroczyliśmy nielegalnie granicę. Podobno widziano ślady naszego motocykla niedaleko owego zaora-nego pasa który, od naszej strony, stanowił pierwsze zabezpieczenie granicy przyjaźni z NRD. Pas rzeczywiście ”przerwano”, to znaczy ktoś go przekroczył. Teraz trwała wielka akcja szukania przes-tępców. My mieliśmy prawdopodobnie być ”dowo-dem rzeczowym” aktywnej działalności dowódcy na wypadek wizyty władz.

     Z tym pasem granicznym różnie bywało; któregoś dnia przeszedł go nasz gospodarz w poszukiwaniu psa. Rypsiu – takie było jego imię – zgubił się po drugiej stronie pasa granicznego i wył rozpaczliwie.

    – Rypsiu, Rypsiuu! – wołał myśliwy. – Ouu! – płakał Rypsiu bojąc się ruszyć z miejsca.

     – Wrócił ja z psem – opowiadał potem gospodarz – a tu patrzę: wapista w pagatowiu stoi! Mówię mu – czego, ja tylko po psa paszoł! A on w pagatowiu był…

     W naszym przypadku okazało się później, że to jakiś grzybiarz nieszczęsny ten pas przekroczył. A trzymano nas przez to na strażnicy jako ”zakładników” przez całą noc do popołudnia dnia nas-tępnego. Co pewien czas wzywał nas dowódca i próbował wymusić przyznanie się do winy. Niewiele dawało tłumaczenie o legalności pobytu w łowisku i powoływanie się na zgłoszenie w rejestrze strażnicy. Kiedy wreszcie sprawa się wyjaśniła i wypuszczono nas, chyba nawet usłyszeliśmy słówko ”przepraszam”.

     No, ale polowanie diabli wzięli. Za to, bez najmniejszej przesady mogliśmy stwierdzić, że upolowano – nas!

Możliwość komentowania została wyłączona.


Wydrukowano w dniu: 2024-04-11 12:02:28 GMT